Pierwszy animator jazzowy na Wołyniu Wasyl Woron – dziennikarz, urzędnik oraz organizator pierwszych koncertów i festiwali jazzowych na Wołyniu. Dzisiaj jest gościem „Monitora Wołyńskiego”. – 60 lat – i ty już jesteś szczęśliwym emerytem, a do niedawna pracowałeś… – Jako zastępca kierownika Zarządu ds. Kultury i Turystyki w Wołyńskiej Obwodowej Administracji Państwowej i kierownik Działu ds. Ochrony Dziedzictwa Kulturowego. Gdy zaczynałem pracować jako urzędnik w 1992 roku, wyznaczyłem sobie podstawowe cele. Brałem pod uwagę, że kultura to nie dom, który można wybudować, lecz drzewo, które trzeba hodować: im głębsze będą korzenie tradycji, tym szerzej będzie rozgałęziona jego korona. Rozwój kultury narodowej uważałem za podstawę dla niezależności duchowej. Odrodzenie zapomnianych i tworzenie nowych tradycji, umożliwiło rozwój ruchu festiwalowego na Wołyniu, który poszedł dalej po Ukrainie i stworzył środowisko dla różnych artystów i gatunków sztuki tak amatorskiej, jak i profesjonalnej, oraz przesłanki dla powstania markowego produktu turystycznego na Wołyniu, dla dobrze się prezentującego Wołynia. – Chyba nie było łatwo tworzyć wizytówkę Wołynia i odnaleźć własne oblicze po tylu latach radzieckiej "mumifikacji" kulturowej? – W realiach nowej geopolitycznej sytuacji, trzeba było na zachodniej granicy prezentować Ukrainę, a zwłaszcza Wołyń. Stanęliśmy nagle twarzą do świata, z ogromnym pragnieniem dzielenia się swoim bogactwem duchowym, swoją historią. Dziedzictwo historyczne i kulturowe – od króla Daniły do Wiaczesława Lipińskiego – zwracało się do nas pełnym głosem. Ale pozostawały białe plamy w historii stosunków polsko-ukraińskich jak obiekt badań dla historyków Ukrainy i Polski. Zadanie nie dla instytutu pedagogicznego, który kształcił radziecką kadrę ideologiczną, lecz dla Uniwersytetu Wołyńskiego, który stworzyliśmy w 1993 roku. Dzisiaj mogę z pewnością powiedzieć, że w sprawie badania tej problematyki odbył się ogromny postęp. Zostali zmobilizowani polscy i ukraińscy historycy. Chciałbym zwrócić uwagę na dwie kluczowe postacie – ukraińskiego historyka Mykołę Kuczerepę i świętej pamięci Teodozjusza Staraka z Ambasady Ukrainy w Polsce. – Ale przecież proces ten został zahamowany. Czy w badaniach przyczyn polsko-ukraińskiego konfliktu została postawiona kropka? – Ukazało się około 10 tomów, w języku ukraińskim i polskim, materiałów konferencji naukowych „Ukraina – Polska: Trudne pytania”, omówiono wiele kwestii w oparciu o ogromną bazę źródeł. Mykoła Kuczerepa ma jeszcze chęć i potrzebę szukania odpowiedzi na te trudne pytania. – 20 lat na stanowisku urzędnika. Faktycznie, jesteś rówieśnikiem ukraińskiej Niezależności. Czy trudno było pokonać w sobie "spuściznę radziecką"? – Szczerze mówiąc było różnie. Ale przyszedłem na to stanowisko z dziennikarstwa, a ono zachęcało do różnorodności opinii. Koledzy z Zarządu ds. Kultury i Turystyki mogą potwierdzić, że drzwi w moim gabinecie były zawsze otwarte dla wszystkich. Do rozwiązywania problemów starałem się podejść obiektywnie i z różnych stron, biorąc pod uwagę normy ustawodawcze.– Wasyl Woron na starcie kariery urzędnika – idealista, altruista. Po 20 latach roboty – realista, pragmatyk, cynik…? – Na początku oczywiście było trochę idealizmu. Uczyłem się podchodzić do sprawy w sposób bardziej wyważony. Życie wymusza bycie pragmatykiem, chociaż pozostaję altruistą. – Wiem, że ty się urodziłeś w Łucku, ale rodzina pochodzi zza Buga. Skąd znajomość języka polskiego? – W mojej pamięci żywa pamięć moich rodziców. Gdy z małej nadbużańskiej wioski Żołobek, wyrzucili ich w chersońskie stepy, ojciec postanowił wrócić na Chełmszczyznę, ale został pod Łuckiem, straciwszy nadzieję na powrót do swojej małej ojczyzny. Właśnie od niego nauczyłem się pozytywnego odbierania świata, które związane jest z "polskim" okresem. Kiedy po raz pierwszy usłyszałem Czesława Niemena i Marka Grechutę, pojawił się smak polskiego słowa i języka. Pierwszy program Polskiego Radia nie zagłuszano i „Sztandar Młodych” można było bez problemów prenumerować. Od połowy lat 80-tych, zaczęły się epizodyczne, ale bezpośrednie kontakty z Polską. Tak zaczęła się moja przygoda z polską kulturą. – My wszyscy, dzięki Polskiemu Radiu, samodzielnie dokształcaliśmy się muzycznie, od big-bitu poprzez rocka do dobrego polskiego i światowego jazzu. Jak to się stało, że stałeś się pierwszym jazzowym animatorem na Wołyniu? – Wszystko zaczęło się w 1969 roku w studenckim zespole instrumentalnym pod kierownictwem Ihora Mirosznyczenki. Potem była fascynacja jazz-rockiem. W 1985 roku w Łucku odbywały się Dni Zamościa – w miejskim Domu Kultury występował Big Band Wiesława Pieregorulki. W Dziale Kultury postanowili zebrać jak najwięcej widzów i dali na afiszu informację o… zespole rockowym "Big Band"! Przyszło kilka tysięcy ludzi, ale do końca wytrzymała tylko połowa. To właśnie był początek "ujazzowienia" Łucka. W 1987 roku, wspólnie z Zamościem, zorganizowaliśmy „Muzyczne Dialogi na Bugiem” z udziałem kwartetu „VOX”. W 2005 roku, po dłuższej przerwie, udało się nam odrodzić „Muzyczne Dialogi” za pomocą naszego dawnego przyjaciela i partnera Grzegorza Obsta, Prezydenta Klubu Jazzowego im. Mieczysława Kosza w Zamościu. Z okazji Dni Europy w Łucku i w Zamościu, po kolei odbywały się „Muzyczne Dialogi” oraz „New Cooperation Zamość-Łuck”. Znane imiona ze świata jazzu – Jan Ptaszyn-Wróblewski, Dorota Miśkiewicz, Wojciech Niedziela, zespół RGG, jazzmani z Wielkiej Brytanii… Bezcenna była pomoc ówczesnego Konsula Generalnego RP w Łucku Wojciecha Gałązki i Prezydenta miasta Zamościa – wielkich wielbicieli jazzu. – Jak oceniasz współczesny stan "ujazzowienia" Wołynia? W ciągu tych lat było dużo czy mało jazzu? – Jazz stał się szerzycielem nowych idei muzycznych, a nasze ukraińsko-polskie projekty w ciągu lat 2005-2011 pozwoliły na wystąpienie tu gwiazd z całego świata. Dobrego jazzu nigdy nie będzie za dużo. Przy pomocy środków z budżetu, zrobiliśmy pierwszą inwestycję, ale dalej chciałbym zobaczyć większą rolę biznesu w rozwoju tradycji jazzowych. – Nie jest tajemnicą połączenie przez ciebie kariery urzędnika z dziennikarstwem radiowym i telewizyjnym. Czy to już koniec "podwójnego życia"? – Wracam do dziennikarstwa. To koniec "podwójnego życia". Teraz będzie ono "potrójnym" – będę dzielił swój czas pomiędzy Radio Łuck, Telewizją Wołyńską oraz gazetą „Wicze”. Rozmawiał Walenty Wakoluk