Dmytro Iwanow: „W przyszłym roku planujemy przedstawić ukraińskie kino w Polsce” Dmytro Iwanow reprezentuje wytwórnię filmową „Batyskaf ”, która razem ze Studiem „Bo” są założycielami i inicjatorami Pierwszego Polsko – Ukraińskiego Filmowego Festiwalu „Bo”. Z nim – wykonawczym dyrektorem Festiwalu z ukraińskiej strony, rozmawialiśmy o genezie, istocie, plusach i minusach tego artystycznego przedsięwzięcia. - Kiedy zrozumieliście, że coś takiego warto zrobić? - W zeszłym roku spotkałem Andrzeja Kępińskiego w Rzeszowie podczas Dni Ukraińskiej Kultury. Rozmawialiśmy o tym, że faktycznie nie istnieje współpraca między ukraińskimi i polskimi filmowcami – tak wynikła idea takiego festiwalu. Stojący obok nas zastępca mera Łucka Anatolij Parchomiuk zaproponował przeprowadzenie festiwalu w Łucku. Zaczęliśmy wstępne przygotowania. Dostaliśmy nieduże wsparcie finansowe od Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, a także wsparcie od Łuckiej Rady Miejskiej. - Jaki jest stopień finansowania przez stronę ukraińską takich inicjatyw? Dlaczego tak się dzieje? Przez brak zrozumienia, pieniędzy, brak tradycji współpracy, czy może jakieś przeciwdziałanie? - Mam doświadczenie w organizacji festiwali i doświadczenie w kontaktach z państwowymi instytucjami w sprawie finansowania projektów artystycznych i dobrze wiem, jak ciężką jest współpraca z państwem w tej dziedzinie. - Pan Hałpachczi dostaje takie finansowanie? (Andrij Hałpachczi – dyrektor Międzynarodowego Festiwalu Filmowego „Mołodist”, - red.) - On, chociaż jest osobą znaną i doświadczoną, również dostaje finansowanie ze strony państwa nieregularnie, nie w terminie i w mniejszym zakresie od wymaganego zapotrzebowania. Natomiast my, zdajemy sobie sprawę, że robimy to po raz pierwszy i nie mając za sobą „historii”, nie możemy liczyć na państwowe dofinansowanie. My, jako organizatorzy, żeby nie prosić państwo, stworzyliśmy niewielki budżet – oderwaliśmy część środków od produkcji naszych filmów. Co jest prawdą, że dostaliśmy konsultację od Państwowej Agencji Filmowej Ministerstwa Kultury, z której wynikało, że jest zainteresowanie takim festiwalem, lecz nie jest możliwym natychmiastowe finansowanie. Muszę oddać należyte uznanie Pani Katerynie Kopyłowej - Prezesowi Państwowej Agencji Filmowej za jej zainteresowanie ideą promocji ukraińskiego kina w Polsce. W przyszłym roku planujemy promować ukraińskie kino w Polsce za ukraińskie pieniądze. - W jakich miastach są zaplanowane pokazy? - Jeszcze nie mamy sprecyzowanych planów, ale wiemy, że będzie to Rzeszów – miasto urodzenia tej idei. Myślimy o Wrocławiu, a także i o Kazimierzu Dolnym – festiwalowej stolicy Polski. - Czy możemy już mówić o doświadczeniach, o plusach i minusach pierwszego festiwalu? - Mała frekwencja widza… - Twoim zdaniem, w czym jest problem? - Jednym z powodów jest niedostateczna informacja. Mogę powiedzieć, że analiza niedociągnięć – to osobna praca dla naszego zespołu. Istnieje również pewien problem, który spotkałem w Łucku. Liczyłem, że na pewien pokaz przyjdzie dużo widzów. Mam na myśli piłkarskich kibiców i film „Kibol”, który opowiada o polskich „fanach”. Natomiast ci, co przyszli do kina „Promiń” zrezygnowali, ponieważ bilety w kasie były po 15 hrywien. To jest przykładem, że była dostateczna informacja, ale nie było chęci wydawania pieniędzy. - Może warto byłoby podczas pierwszego, „promocyjnego” festiwalu zrobić dla widzów wstęp wolny ? - My teraz razem stoimy przed Pałacem Kultury, w którym się odbył koncert muzyki symfonicznej znakomitej wykonawczyni z Hiszpanii i miejscowej orkiestry symfonicznej. Cena biletów była po 40-50 hrywien i sala była wypełniona zupełnie. My nie jesteśmy instytucją charytatywną, ale i zarabiać na tym nie mamy zamiaru. Jeśli ludzie są zainteresowani sztuką, to muszą zrozumieć, że ona również ma materialny wymiar i muszą zrobić krok naprzeciw. - Może brak im kultury czy zrozumienia… - Wszystkiego razem. My w Kijowie to wszystko już przerabialiśmy. - Jaki jest cel Festiwalu? - Mamy dwa cele. Pierwszy – zaznajomić polskiego i ukraińskiego widza z filmami swoich krajów, ponieważ zupełnie się nie znamy w tej sferze. Polskie Kino – to corocznie prawie 30 pełnometrażowych filmów, które otrzymują międzynarodowe odznaczenia i maksimum uwagi polskiego widza. Jednym z takich jest film „Śluby Panieńskie”, który obejrzało ponad milion widzów. Ta liczba dla filmu ukraińskiego w Ukrainie pozostaje nierealną. Taką ilość widzów mogą zebrać u nas tylko hollywoodzkie blockbustery. Drugi nasz cel – wspólna produkcja filmowa. Większość polskich filmów jest realizowana w koprodukcji. I nie brak na to środków finansowych, i nie strona finansowa jest najważniejsza, ale dotarcie do szerszej widowni. Wspólna produkcja daje możliwość większego audytorium. - Może nie warto przedstawiać dla szerokiej widowni wszystkich filmów, a postępować w ten sposób: dla widza „wtajemniczonego”, powiedzmy dla młodzieży akademickiej, pokazywać filmy dokumentalne, zaś masowe i ciekawe filmy fabularne dawać dla wszystkich… - Tak, racja. Musimy z tym się liczyć. Mieliśmy trzy miejsca wybrane na zasadzie komfortowego pokazu. Rzeczywiście, niezbędna jest i akcja promocyjna. Na spotkaniu z Ołesiem Saninym omawialiśmy idee założenia Klubu Filmowego, który, jak się okazało, istniał w Łucku już wcześniej. Członkowie takiego klubu mogliby przeprowadzać kampanię informacyjną. - Jakie wrażenia pozostawia Festiwal? - Otrzymaliśmy doświadczenie i maksymalną przyjemność z kontaktu z ludźmi. Ludzie byli przyjemni i gościnni. Rozmawiał Walenty WAKOLUK