Wspominając Narotówkę Narotówką Polacy nazwali swoją kolonię znajdującą się w północno-zachodniej części wsi Pewże (obecnie rejonu Młynów obwodu rówieńskiego). Na północy kolonia graniczyła ze wsią Bakoryn rejonu Młynów, wsią Selebery, dzielnicą Kalinówka wsi Żornyszcza obwodu wołyńskiego. Narotówka liczyła 16 gospodarstw Polaków. Wśród nich było osiem rodzin tubylców, którzy mieszkali tam od dawna: Kwiatkowscy, Petrykowie, Gerelacy, Skipiżenowie, Merżyńscy, trzy rodziny Tarnogórskich. Kolejnych ośmiu stanowili osadnicy, którzy osiadli na nie wiadomo czyich ziemiach w latach dwudziestych minionego wieku: Wolacy, Nowiccy, Marciniacy, Fudzikowie, Tobiaszowie, Baranowie, Ostapikowie i Jankowie. Ostatnie z nazwisk zostało zapomniane. Dobrze zapamiętałem miejscowość, bo tam znajdowała się szkoła, do której uczęszczałem przez dwa lata. Szkoła była w dzierżawczych domach – to u Kasprzaka, to u Gerelaka. Kasprzak z kolei wynajmował gospodarkę Nowickiego, który ponoć mieszkał we Lwowie. Do szkoły, oprócz Polaków, chodziły dzieci z Małych Pewż i nas sześcioro z Kalinówki. Wśród osadników jako dobrzy gospodarze słynęli Tobiasz i Marciniak. Dużo pracował też Fudzik, jednak z powodu licznej rodziny (dziewięcioro dzieci) nie mógł przyrównywać się do bogaczy. Wolak zaś był byle jakim gospodarzem: często na wiosnę brakowało u niego chleba. Część kolonistów stanowili rzemieślnicy. Kowalami byli Kwiatkowscy, Gerelacy i jeden z Tarnogórskich. Skipiżen szył buty. Janek zamierzał zająć się handlem lodów, nawet w zimie zrobił zapasy lodu, jednak z tego zamiaru nic nie wyszło. Chociaż polscy koloniści przeważnie trzymali się od Ukraińców z dala, wrogości między nimi nie było. Nie występowały też konflikty na tle etnicznym. My, dziatwa, bawiliśmy się razem z polskimi dziećmi, paśliśmy krowy, śpiewaliśmy piosenki zarówno polskie jak i ukraińskie. W 1939 roku nadeszli moskiewscy «wybawiciele». Polska padła pod ciosami cesarskich władz Berlina i Moskwy. Koloniści przyczaili się przeczuwając zło, chodzili niby cienie. Sowieci prowadzili zebrania. Polacy chodzili na nie również przestraszeni. Fudzik nosił nawet czerwoną opaskę na rękawie. Być może myślał, że to są jego władze jako biedaka. Jednak zimą 1940 roku wywieźli go wraz z innymi na Sybir – czerwona opaska mu nie pomogła. Domy osadników stały opuszczone. Tubylcza ludność polska nadal, jak i poprzednio, prowadziła gospodarstwa. Po wywózce osadników szkoła w Narotówce jeszcze funkcjonowała do końca roku szkolnego, a później ją zamknięto. Ostatnim nauczycielem był wtedy Polak Henryk Cimała, który pochodził z Górnego Śląska. Wkrótce nowy rząd zaczął organizować w Pewżach kołchoz. Potrzebne były budynki, więc bogaty dom Marciniaka, który stał na kraju wsi, rozebrano i przewieziono do centrum, urządziwszy w nim kołchoźniczą kontorę. Rozebrano też inne pomieszczenia – szopę, stodołę. Latem 1943 roku Polaków zaniepokoiły pogłoski nadchodzące z północy Wołynia o etnicznych konfliktach Ukraińców i Polaków. Jednak lokalnych Polaków nikt nie zaczepiał. Nagle jednej czerwcowej nocy ktoś zapukał do drzwi Merżyńskiego. Nie otworzył, ale wyskoczył przez okno i pobiegł. Kilka razy do niego strzelono, ale udało mu się uciec, był tylko lekko ranny w rękę. Po tym zdarzeniu koloniści przeprowadzili się do Ołyki. Na miejscu pozostali Kwiatkowscy, a w Bakorynie – Wąsowicz i pan Orzeszko. Kiedy jednej nocy u Orzeszka zabito dużego psa Tygrysa, on też przeprowadził się do Ołyki. Kwiatkowscy i Wąsowicz jeszcze zdążyli zebrać plony ze swoich pól. Kiedy jesienią w tymże roku wszyscy Polacy zamierzali przeprowadzić się do Polski, oni również pożegnali się po przyjacielsku z sąsiadami Ukraińcami i wyjechali. Tym sposobem w Narotówce nie został ani jeden Polak. Nie wiem, gdzie i w jaki sposób miały miejsce konflikty na tle etnicznym, ale swoją opowieścią potwierdzam, że u nas czegoś podobnego nie było. Domy Polaków stały puste. Nikt ich nie palił, nie rozbierał. Domy doczekały się przesiedleńców z Polski, którzy później tutaj zamieszkali. Inny los spotkał tylko dom Orzeszka w Bakorenie. Ukraińscy powstańcy rozebrali go dla budownictwa podziemnych magazynów z żywnością i amunicją. Dom Nowickiego, w którym mieszkał dzierżawca Kasprzak, spłonął jeszcze w sierpniu 1941 roku wskutek zabaw z ogniem dzieci właściciela. Dom Wąsowicza w Bakorenie jeszcze przez pewien czas służył mieszkańcom wsi jako pomieszczenie rady wiejskiej i sklepu. Stoi do dnia dzisiejszego. Nawiasem mówiąc, sąsiad Wąsowicza, Karpo Semenowicz, w połowie lat pięćdziesiątych minionego wieku jeździł do Polski w odwiedziny do rodziny Wąsowicza na jego zaproszenie. Następne koleje losu Narotówki za rządu władz radzieckich były podobne do losów wielu «nieperspektywicznych» wiosek: zniknęły nie tylko z planów, map – nie pozostało po nich nawet nazwy. Domów i sadów nie ma ani w byłej Narotówce, ani w Małych Pewżach. Obecnie są tutaj jedynie «pola szerokie». Oleksij SŁABEĆKYJ