Juozas Sigitas Paransevičius Walka o prawa języka litewskiego w kościołach Suwalszczyzny na przykładzie Kalwarii (na podstawie relacji korespondentów w tygodniku „Šaltinis” wydawanym w latach 1906-1914 w Sejnach) W 1905 r. pełnomocnicy różnych regionów Litwy, dr Jonas Basanavičius, Donatas Malinauskas, ks. Juozas Ambraziejus i Mečislovas Davainis-Silvestravičius wysłali list do Jego Świątobliwości Papieża Piusa X w sprawie języka polskiego w kościołach litewskich. List ten został opublikowany w 1906 r. w języku litewskim i łacińskim w Kownie jako osobna publikacja. „Bardzo smutne wydarzenia ostatnich czasów w kościołach litewskich ponownie zwróciły uwagę opinii publicznej na to wrażliwe miejsce w życiu Litwy, które przez setki lat zajmował język polski w Kościele, który tak długo był zakorzeniony w naszym organizmie narodowym i który, jak rana, nie został wyleczony żadnym lekarstwem. Niszczenie języka litewskiego, a wraz z nim narodu, przez Kościół, który poddał Litwę maszynie polonizacyjnej, stało się w ostatnich latach bardzo drażliwe i nie do zniesienia, ponieważ Litwini obudzili się ze snu narodowego. To, co Rosjanie zrobili narodowi litewskiemu za pomocą takiego narzędzia rusyfikacji jak szkoła, ten sam cel demoralizacji narodowej zawsze był realizowany przez zorganizowany przez Polaków Kościół na Litwie i to od kilkuset lat. Rusyfikacja jest tylko szczególnym rodzajem nacjonalizacji, podobnie jak polonizacja, z tą różnicą, że ta, szerzona przy pomocy Kościoła, jest stokroć bardziej niebezpieczna. O ile rusyfikacja narodu litewskiego przez szkoły pozostała dotychczas prawie bez istotnego skutku, o tyle polonizacja przez Kościoły zamieniła wielką liczbę Litwinów w Białorusinów, a częściowo w »Polaków«, którzy w ten sposób wynarodowieni starają się odróżnić od swych braci Litwinów, jak gdyby byli obcym narodem i w ostatnich czasach zorganizowali się w tak zwanych litewskich Polaków (»Polaków na Litwie«)”. List do Ojca Świętego przedstawia historię Kościoła katolickiego na Litwie od czasów Jagiełły, kiedy to po jego chrzcie duża liczba polskich duchownych przybyła szerzyć chrześcijaństwo w tym kraju. Polski publicysta i przez pewien czas wizytator szkół na Litwie, ksiądz Franciszek Ksawery Bohusz, w swoim dziele „O początkach narodu i języka litewskiego” (Warszawa 1808), tak pisze o przybyłych księżach: „Jagiełło, pierwszy apostoł swoich poddanych, musiał ich sam uczyć litewskiej wersji początków wiary świętej, ponieważ duchowieństwo, które sprowadził na Litwę, nie znało języka litewskiego. Duchowieństwo to, pragnąc gorliwie nawracać pogan, nie mogło przezwyciężyć trudności nauki języka litewskiego, a nie mając daru od Boga, jak dawni apostołowie, mówienia różnymi językami, uznało, że wygodniej jest próbować nauczać nowych chrześcijan w języku polskim, niż samemu uczyć ich języka litewskiego”. W ten sposób stopniowo język polski stał się językiem całego Kościoła katolickiego na Litwie. Łatwo się domyślić, jakie były konsekwencje tego zjawiska. Ks. Kazimierz Prapuolenis napisał o tym obszernie w swojej książce: „Polskie apostolstwo na Litwie”, szkic historyczny 1387-1912, Wilno, 1913. Nie wszyscy polscy duchowni byli polonizatorami. Niektórzy, jak Bolesław Hieronim Kłopotowski, profesor Akademii Duchownej w Petersburgu, a później arcybiskup mohylewski, dostrzegali szkody wyrządzane przez takich księży Kościołowi katolickiemu i zachęcali do przynajmniej częściowego używania języka rdzennej ludności (litewskiego, białoruskiego). Próby te doprowadziły do najbardziej zaciekłych donosów i gróźb ze strony Polaków, którzy nazywali go „zdrajcą”, „najemnikiem”, „moskalofilem” itp. Polscy świeccy również prowadzili swoistą propagandę przeciwko językowi litewskiemu, próbując udowodnić jego niższość. Oto jak H. Korwin-Milewski w artykule „Uwagi o konflikcie języków polskiego i litewskiego w diecezji wileńskiej” (Wilno, 1913), odpowiada na wspomniany na początku list Litwinów do papieża: „Zobaczmy teraz, czym jest język, który ma zastąpić język polski, znany przed unią jako jeden z najważniejszych języków nauki i literatury w Europie, uznawany przez rosyjskich historyków za udoskonalony język rosyjski. Zastygły w epoce barbarzyńskiej jak mamut czasów przedpotopowych, język litewski utrzymał się w tamtych czasach, zaspokajając ograniczone potrzeby pogan aż do roku 1387… Główną cechą tego języka jest jego całkowite ubóstwo: nie tylko brakuje mu odpowiednich słów do wyrażania myśli, których było pod dostatkiem przez pięć wieków, ale w sferze materialnej ma tylko podstawowe słowa odnoszące się do bezpośredniego środowiska ziemskiego, od którego Litwini nie podnieśli oczu. Drugą cechą charakterystyczną tego języka jest jego mnogość dialektów, które różnią się nie tylko w poszczególnych powiatach, ale nawet w parafiach. Łatwo to wytłumaczyć, ponieważ językiem tym posługują się ciemni, nieoświeceni ludzie, których pokolenia nie porozumiewały się w odległości większej niż 10-20 km od siebie. Jeśli więc mówimy o zastąpieniu języka polskiego używanego od Bałtyku po Karpaty językiem litewskim, to pytanie brzmi: którym językiem? Może każdym, tyle ile jest parafii…” (str. 31, J.S.P. tłumaczył z języka polskiego). Litewski ruch narodowo-kulturalny drugiej połowy XIX wieku objął całą Litwę, wszystkich jej mieszkańców. Tworzył się świadomy swego pochodzenia naród litewski. Język litewski stał się dla niego szczególnie ważny. Długo musiał walczyć o swoje miejsce w życiu publicznym. Tygodnik „Šaltinis”, wydawany w Sejnach od 1906 r., obszernie relacjonował tę walkę w diecezji sejneńskiej, w Sudowii. Większość korespondencji pochodzi z Kalwarii. Przedstawiam je chronologicznie, niektóre w skrócie, pozostawiając język bez korekty. Nr 7 „Šaltinis”, 1906, s. 109-110 Žinnešys pisze: „Kalwaria (gub. suw.). W Kalwarii do tej pory różaniec śpiewany jest po polsku, chociaż nie ma tu języka polskiego. Jest garstka ludzi, którzy nazywają siebie Polakami, ale same ich nazwiska pokazują, jak bardzo są Polakami: Lenkevičius, Grinevičius, Paulionis, Stepšis, Rudvalis itp. Ci ludzie, przede wszystkim ci, którzy niedawno przybyli do miasta ze wsi, po nauczeniu się trochę polskiego, stają się największymi wrogami swoich braci, ślepo nienawidząc języka swoich ojców. Myślą, że są prawdziwymi Polakami, zapominając, że mieszczanin to nikt inny jak chłop, tylko upodobniony do… Żyda. Ta garstka ludzi podobno śpiewała różaniec. Mówię podobno, bo ich śpiewy były fałszywe, zaczynali różaniec późno i nigdy nie skończyli przed Summą. Dlatego Litwini uzyskali pozwolenie od swojego Rządu Duchownego na śpiewanie różańca po litewsku, ale kiedy decyzja Rządu Duchownego została podtrzymana (w niedzielę 6 maja), mieszczanie podnieśli wielką wrzawę w kościele. Kiedy wyszli z kościoła, bluzgali i przeklinali przez długą godzinę, stojąc na dziedzińcu. Nawet teraz nadal bluzgają i przeklinają, a nawet gdy są pijani, grożą nożami, rewolwerami i bombami. To są mieszczanie z Kalwarii. Mieszkańcy miasta są podburzani przez miejscową inteligencję. W ich mniemaniu Kalwaria jest »zasadniczo polskie miasto«. Ale polonizatorzy są w błędzie. Kalwaria jest miastem litewskim, ponieważ stoi na litewskiej ziemi, wokół niej mieszkają Litwini, a w mieście jest więcej Litwinów niż tak zwanych »Polaków«. Przecież wybory do Dumy jasno to pokazały. Dziś (niedziela, 13 maja) polonizatorzy nie pozwolili Litwinom śpiewać. W każdym razie Litwini nie powinni się poddawać”. Pierwszą informację Krivaitis uzupełnia już na stronach 125-126 nr 8: „Kalwaria (gub. suw.) Kalwaria jest niewątpliwie litewskim miastem, jak słusznie napisał Žinnešys w nr 7, chociaż jej powierzchowny wygląd nie jest litewski. Znaki na skrzyżowaniach i inne znaki są głównie w języku urzędowym, a wszędzie przydałby się litewski podpis obok oficjalnego. Ostatnio niektórzy zaczęli poprawiać nowe znaki, jednak władza szybko dała polskie podpisy obok oficjalnych. Przy ulicy Vižainio czytamy »Apteka S. Niziołomskiego«. Na tabliczkach przy banku również. Dalej, na tej samej ulicy, widzimy: »Zarząd towarzystwa pożyczkowo-oszczędnościowego«. Trzeba przyznać bezstronność dr. Krauzego, który będąc Polakiem, obok oficjalnego podpisu umieścił podpis litewski: »Pavietinis daktaras«. Stowarzyszenia żydowskie mają tylko podpisy rosyjskie, ale niektórzy Żydopolacy starają się, jak Szarkański, obok rosyjskich robić polskie. Bo oni też uważają się za Polaków wyznania Mojżeszowego. Musieli ich też Polacy uwzględnić w swoich statystykach, bo naliczyli w Kalwarii aż półtora tysiąca Polaków. Na próżno: nie pomogą Polakom śpiewać, nie pójdą słuchać polskich kazań. Pewnie dlatego przedstawiciel Kalwarii, p. Bomaš (prawnik), agitował za jednością z Polakami w wyborach w Suwałkach i wraz z innymi, wychodząc z lokalu wyborczego, dopuścił się obelgi pod adresem Litwinów, która jednak nikomu nie zaszkodziła. Dobra lekcja dla naszych filosemitów! W ten sposób, jak widzimy, obcokrajowcy mieszkający w naszej ojczyźnie nie chcą uznać praw miejscowego języka. Wydaje im się, że zawsze będą mogli pogardzać naszym językiem, a my będziemy ich za to karmić! Ale mylą się. Nadszedł czas i pytam tych panów: Waszmoście, proszę mi powiedzieć, w jakim kraju mieszkacie i od kogo jecie chleb? Litwini, zażądajmy od wszystkich, którzy mieszkają w naszym kraju, aby uznali prawa języka litewskiego, aby wszyscy, którzy jedzą z naszego kraju, mówili z nami po litewsku, a w miastach znaki we wszystkich instytucjach, które odwiedzamy, powinny być w języku litewskim obok oficjalnego. Jeszcze lepiej, zamiast kupować u Żydów, idźmy do swoich, którzy słusznie narzekają, że ich nie utrzymujemy, że Żydów lepiej kochamy, że ich do skarbu zapędzamy, a zazdrościmy swojemu bratu kęsa ciężko zarobionego chleba! Żydzi i Polacy idą razem przeciwko nam, więc my, Litwini, trzymajmy się razem i nie poddawajmy się”. Jeszcze dokładniej sytuację wyjaśnia Žinnešys w „Šaltinis” nr 12 na stronach 187-188: „Kalwaria (gub. suw.). W siódmym numerze »Šaltinisa« wspomniano już o śpiewach w kościele różańca w kościele w Kalwarii i o nieczystym zachowaniu Polaków. Ponieważ nasze stosunki z Polakami nie polepszają się, ale są coraz gorsze i nie wiadomo, jak to się może skończyć, opinia publiczna powinna wiedzieć: kto jest winien? Dlatego teraz opowiem Państwu wszystko od początku, tak jak nam się to przytrafiło. Litwini, widząc, że dzieje im się krzywda w ich kościele, gdy cała parafia była czysto litewska, a tak zwanych Polaków była tylko mała garstka, odwołali się do swojego rządu kościelnego, wysyłając deputację do Sejn, gdzie po wyjaśnieniu stanu rzeczy uzyskali pozwolenie na śpiewanie różańca i innych hymnów w języku litewskim. Polacy, gdy tego doświadczyli, zrobili nieopisaną wrzawę. Zebrali się w grupy, naradzali się, złorzeczyli, przeklinali. Kiedy skończyli złorzeczyć, wyciągnęli to, co wiedzieli, zasoby bluzg i zwrócili się do swoich przywódców z inteligencji z prośbą o radę: co robić? I tego właśnie potrzebowali słynni politycy z Kalwarii. Po tym, jak wybory do Dumy zostały zakończone i rozdmuchane, oni mieli mnóstwo czasu, skorzystali z okazji… Politycy są prędcy. Zwołali wiec. W radzie nie było jedności. Jedni mówili tak, inni inaczej. Jak to Polacy, oczywiście! Wszyscy zgodzili się na tę rezolucję: 1) odwołać się do generał-gubernatora warszawskiego i prosić o zbrojną pomoc w stłumieniu Litwinów, 2) wysłać deputację do Sejn i zażądać od administratora diecezji odwołania jego decyzji. Taka była chytra polityka Polaków, zgodna z ich mniemaniem, a w rzeczywistości polityka nieprzyzwoita, bo katolikom odpowiadało w sprawie Kościoła, zamiast udać się do władz kościelnych, udać się do generał-gubernatora i zażądać pomocy zbrojnej. Jak pomyślał, tak zrobił. Telegrafował do Warszawy i wysłał deputację do Sejn. Proszę czekać na odpowiedź! Deputacja wróciła z Sejn i od początku wydawała się zdołowana. I rzeczywiście, Jego Miłość Ksiądz Administrator odrzucił ich żądania. Nie pozbawił ich różańca, a jedynie wyznaczył inne godziny jego odmawiania, wcześniejsze, a mianowicie do 8.30 dla Polaków i od 9.00 do 11.00 dla Litwinów. Obiecał również Polakom kazania w każdy dzień powszedni i świąteczny, ponieważ do tej pory mieli tylko 8 kazań rocznie. Polskie zwycięstwo było oczywiste. Litwini też nie zostali pokonani. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie szowinizm! Dla polskich przywódców takie warunki były nie do przyjęcia. Nie były! Teraz czekają na odpowiedź od generał-gubernatora. Na jaką? Oczywiście! Na odebranie Litwinom kościoła, nawet przy pomocy gwoździ i karabinów, i oddanie go Polakom na ich pełną własność. Takiej odpowiedzi oczekiwali Polacy! Ale oto nadeszła oczekiwana odpowiedź: wytłumaczyć Polakom, że w sprawach Kościoła należy zwracać się do władzy duchownej. Polonizatorzy byli zdenerwowani. - Och, żeby to była teraz nasza autonomia! - marzyli Polacy - damy im nauczkę! Ale, dzięki Bogu, polska autonomia na Litwie jest jeszcze daleko, dodam od siebie. Apel, jak słyszę, do władz duchownych… Przecież »błazen« siedzi w Sejnach i »błazen« w Rzymie. Ale co zrobić… Kiedy nasi polonizatorzy usłyszeli, że administrator Sejn przejeżdża przez Kalwarię, zrzucili z siebie dumę i zebrali kilkadziesiąt specjalnych osób. A byli tam »wielmożni«. Byli też polscy postępowi demokraci, którzy, jak na pionierów przystało, nigdy nie chodzą do kościoła, ale teraz wszyscy przyszli walczyć »o różaniec«. Nazywają siebie bezstronnymi na swoim terenie, ale jak się okazuje, w praktyce łączą się z »narodowcami«. Deputacja, a właściwie cała polska kolonia, przybyła w niedogodnym momencie. Ksiądz administrator jadł obiad z miejscowym diakonem. Wychodzi służący i wyjaśnia im. Prosi ich, aby zaczekali. - Tego było za wiele dla dumy Polaków. Więc wszyscy demonstracyjnie pospieszyli z powrotem. Wycofując się, pomrukiwali przez zęby: chł…, chm…, pskrv itp. Zostali więc zatrzymani przez starostę, który zatrzymał ich w ich wściekłości, gdy wychodzili z domu. Usłyszawszy o wszystkim, poradził im, aby wrócili i porozmawiali z kapłanem administratorem. Po wysłuchaniu mądrej rady Polacy wrócili. Zastali księdza administratora po obiedzie. Ale co? Mówili dużo, mówili wymownie, mówili tak, jak tylko Polacy umieją mówić, ale nic nie wskórali. Ks. administrator nie zmienił zdania. W pierwszy dzień Zielonych Świątek miał być wprowadzony nowy porządek. Ale Polacy nie uważali za konieczne podporządkować się władzy kościelnej. Przez cały dzień zakłócali śpiew Litwinów swoimi okrzykami. To samo robili podczas nabożeństwa Zesłania Ducha Świętego, zwłaszcza podczas Mszy św. z wystawieniem Najświętszego Sakramentu. Wieczorem mieszczanie - Polacy napadali na ludzi, którzy spokojnie wracali do swoich domów, jak Adamas Žaliauskas z Susninkai, który został dźgnięty nożem, ale tylko przeciął sobie żupan. „Uszło mu na sucho”, że miał dobry głos i pięknie śpiewał w kościele. Poważnie pobili Mikalauskasa z Santaki i Adomynasa z Pagrandai. Słyszeliśmy o innych napadach. W nocy wybito szyby w oknach kilku litewskich domów. Taka jest polska polityka. Że zejdą oni na manowce - nie ulega wątpliwości! Muszę to dodać do mojej ostatniej korespondencji. Polacy, sami winni, odważyli się postawić kilku Litwinów przed sądem, ponieważ Litwini nie pozwolili się pozbawić praw kościelnych, które przyznał im rząd duchowny. Proces został przeprowadzony z szybkością nigdy wcześniej nie praktykowaną (sud skory!). Świadków dopuszczono do zeznań bez przysięgi, z winy samych Litwinów, nic więc dziwnego, że z ust polskich świadków oni sami wyszli na niewinne baranki, a Litwini na rozszarpujące wilki. Świadków litewskich było niewielu, a sąd pokoju skazał czterech Litwinów na siedem dni aresztu lub 25 rubli kary. Litwini, oczywiście, niezadowoleni z tej decyzji, odwołują się, zwłaszcza że sprawa została wniesiona nielegalnie, ponieważ była prowadzona przez burmistrza, który nie miał prawa ingerować w tę sprawę. Ale Litwini obiecują wnieść jeszcze kilka spraw przeciwko prawdziwym sprawcom zamieszek w kościele, czyli Polakom”. Na stronie 348 tego samego numeru „Šaltinis” nr 22 z 1906 r., podpisany pseudonimem Kaplys opisuje „kazanie” wygłoszone przez Jonasa Radkevičiusa, mieszkańca Kalwarii, kiedy odprowadzał pielgrzymów na pielgrzymkę do Częstochowy: „(…) Treścią kazania było pokazanie, że odbywająca się »polska« wyprawa wskazuje, że Polacy nadal tu istnieją, ale są prześladowani. Kazał im iść do redakcji gazet warszawskich i skarżyć się na Litwinów. Kazał błagać Najświętszą Panienkę, by dała im biskupa, wtedy posłuchaliby jego rozkazów, ale teraz - nie. Jednym słowem, podburzył pielgrzymów w drodze do świętego miejsca przeciwko duchowemu autorytetowi i podsycił w ich sercach nienawiść do Litwinów…”. Na odpowiedź nie trzeba było długo czekać. 27 sierpnia, podczas nieszporów w święto Najświętszego Imienia Maryi, w kościele w Kalwarii doszło do awantury i rozlewu krwi (nr 25, „Šaltinis”, 1906, s. 394). Sermėgius podaje bardziej szczegółowy opis tych wydarzeń (1906, „Šaltinis”, nr 31, s. 491-492): „Kalwaria (gub. suw.) Krew jest nasieniem Litwy. 9 września, święto Imienia Maryi w parafii Kalwaria jest zapisany krwawymi literami w narodowym litewskim odrodzeniu. W tym dniu, jak już opisano w »Vilniaus Žinios« i »Šaltinis«, litewska krew została przelana w obfitości: podobno na dziedzińcu kościelnym były kałuże krwi, a kościół był również splamiony rozlewem krwi. Ale, rodaku, niech ci się nie wydaje, że krew została przelana na próżno. Tak jak Tertulian powiedział o chrześcijańskich prześladowaniach bałwochwalców, że »krew jest nasieniem chrześcijan«, tak litewska krew przelana na Kalwarii jest nasieniem litewskości. Chociaż byli wśród nas ludzie, którzy mieli dobre zrozumienie narodowe, byli też tacy, którzy wciąż się wahali, którzy mówili sobie: »Nie ma znaczenia, czy mówisz po polsku, czy po litewsku«. A dziś, co za różnorodność: zarówno starzy, jak i młodzi czują się Litwinami i szukają teistów, którzy należą do siebie jako Litwini. Dziś wszyscy dobrze widzą, czego możemy się spodziewać po Polakach. Gdy pięciuset Polaków śpiewało w kościele po polsku, ich śpiewu słuchało jedenaście tysięcy Litwinów, a gdy Litwini, za pozwoleniem władz kościelnych, zaczęli śpiewać po litewsku, Polacy, rozdrażnieni jak w gnieździe szerszeni, pokazali swoją głębię: po pierwsze zbezcześcili kościół, nie słuchając decyzji władz duchownych, a następnie posunęli się do niewinnego przelewu litewskiej krwi. Teraz nasi Polacy usprawiedliwiają się przed opinią publiczną, że tylko bronili się przed Litwinami, że Litwini zaczęli bić Polaków, że Polacy tylko wezwali na pomoc żołnierzy. Przesłuchania wykazały jednak, że Litwini nie chcieli i nie chcą polskiej krwi, a jedynie idą drogą sprawiedliwości. Gdyby Litwini chcieli pobić Polaków, mogliby to zrobić w każdej chwili, bo dwudziestu Litwinów atakuje jednego Polaka. Gdyby Litwini szykowali się do bicia Polaków, to po co prosiliby starostę o zwiększenie liczby patroli, czyli liczby uzbrojonych żołnierzy, do pilnowania porządku w Dzień Maryi w noc poprzedzającą? Czy to możliwe, aby Litwini, organizując walkę, prosili o zwiększenie liczby porządkowych na własnych życzenie? Nasi Polacy chlubią się, że ich silna wiara, miłość i przywiązanie do Kościoła sprawia, że nie zaniedbują polskich pieśni. Ale jaka jest ta wiara, miłość i przywiązanie do kościoła, widać z kilku następujących wypadków: Latem ubiegłego roku pewna Polka wyszła za mąż za prawosławnego mężczyznę i przeszła na prawosławie, choć mężczyzna, za którego wyszła, nie wymagał od niej tego, jak słyszeliśmy. Ale najciekawsze jest to, że ta dziewczyna, bliska krewna Jonasa Radkevičiusa, który stał się znany jako agitator w obecności polskich śpiewów w kościele, i ta, która przyjęła prawosławie, kiedy trzeba było utopić Litwinów na Mszy, przychodziła do kościoła, aby śpiewać. Polacy publicznie mówili, że kościół zostanie zapieczętowany, tak jak w Berżnikach, byli tak szczęśliwi, że kościół został zamknięty po walce. Ale jakież było zdziwienie niektórych Polaków, gdy ks. Naujokaitis, za zgodą JE Administratora diecezji, ponownie poświęcił kościół i rozpoczął nabożeństwa. Dziewięć kobiet z miasteczka (tak pisze Kurjer Litewski) napisało skargę, że księża nie udzielili rozgrzeszenia za udział w sprawach polskich, które były zakazane przez duchowieństwo. Czy rozumieją Państwo, co to znaczy? To znaczy, że dziewięć kobiet z miasteczka napisało publicznie doniesienie na policję, że nie otrzymały rozgrzeszenia podczas spowiedzi. Proszę pomyśleć o wierze tych, którzy to robią, a nawet publicznie piszą raport o tym, że nie otrzymali rozgrzeszenia!!! Niech się nikomu nie wydaje, że się nienawidzimy. Nie, żyjemy bardzo ładnie, wręcz się kochamy! Często można usłyszeć od Polaków, że Litwin to cham, chłop, poganin, dzikie zwierzę itp. Jeśli Polacy tak czule wypowiadają się o Litwinach, to co powiedzieć o sposobie, w jaki mówią o księżach! Polacy uważają, że przyczyną obecnego ruchu litewskiego jest tylko agitacja księży i nie wahają się używać najbrzydszych słów przeciwko księżom. Zebranie wszystkich słów, którymi Polacy egzorcyzmowali księży, z pewnością nie zmieściłoby się w kilku wozach. Litwin musi doświadczyć na własnej skórze, jak lekki jest polski kij, a co cierpią litewskie okna? Słyszy się tylko, że ten czy ów Litwin ma wybite szyby, w niektórych miejscach już kilka razy, a mówią, że to dopiero początek: jak przyjdzie zima, to zabronią szklarzom wstawiać szyby i dadzą Litwinom nauczkę! Co za sposób walki! Polacy chwalą się, że Litwini wiele się od nich nauczyli: poczekajmy jeszcze trochę, może nauczymy się jeszcze tego od Polaków. Jak jest z nami teraz, tak jest z nami, ale trzeba jeszcze podziękować Polakom za to, że tak nieludzkimi czynami podburzyli Litwinów i podnieśli ich narodowo tak, że dziś Litwin czuje się tu Litwinem, podczas gdy niektórzy spali jeszcze kilka lat. W nocy z 22 na 23 tego miesiąca znaleziono w pobliżu miasta martwego Litwina, potwornie rozczłonkowanego. Kto to zrobił, jeszcze nie wiadomo”. Po tych wydarzeniach walki między Polakami i Litwinami w kościele w Kalwarii trwały nadal. Informuje o tym ten sam Sermėgius (str. 524 nr 33 „Šaltinis”, 1906): „Zamieszki w kościele. Nasza Kalwaria od wiosny była miejscem wojny między Polakami i Litwinami o śpiewy kościelne. Po krwawym pobiciu podczas święta Imienia Maryi przerwano nieszpory na około kilka miesięcy. 28 października na polecenie administratora diecezji odczytano jego ostateczną decyzję w sprawie śpiewów w kościele i odprawiono nieszpory. Po Nieszporach odmówiono modlitwę wieczorną i odśpiewano »Anioł Pański« po litewsku. Polacy zaczęli się burzyć i śpiewać razem z Litwinami po polsku, jak to mieli w zwyczaju na początku, ale gdy stróż kościoła upomniał ich, aby zamilkli, przestali, a Litwini śpiewali pięknie do końca. Widać było z jaką radością, szczerością i modlitwą śpiewali Litwini! Było oczywiste, że czuli, iż nadeszła godzina, w której mogą spokojnie wielbić Boga w kościele w swojej ojczyźnie, na Litwie. Ale radość Litwinów trwała krótko! W dniu Wszystkich Świętych, po odśpiewaniu przez księdza »Anioł Pański«, Polacy śpiewali razem po polsku. Nawet gdy po zakończeniu śpiewu przez Litwinów ksiądz chciał odczytać pacierz po polsku, Polacy nie czytali, lecz śpiewali dalej. Trzykrotnie zadzwoniono dzwonkiem, aby poprosić ich o opuszczenie kościoła, ale Polacy nie przestali; wtedy ksiądz przestał czytać pacierz. Zakłócający porządek kościelny zostali pozwani do sądu”. O wydarzeniach w Kalwarii i korespondencji w „Šaltinis” pisał również „Tygodnik Suwalski”, ukazujący się na Suwalszczyźnie. W odpowiedzi ten sam Sermėgius („Šaltinis”, 1906, nr 35, s. 554-555) wymienił nazwiska Litwinów, którzy zostali ranni i tych, którym wybito szyby. W związku z zamieszkami policja postawiła przed sądem czterech Polaków i dwóch Litwinów. Tych ostatnich bronił adwokat Petras Leonas. Wszyscy zostali uniewinnieni przez sąd. Wydarzenia, które nastąpiły później, zostały opisane w „Šaltinis” 1907, nr 1, s. 12: „Bojkot. Mieszkańcy Kalwarii, widząc niegodziwość miejscowych Polaków, którzy zawsze pogardzają i wyśmiewają Litwinów i wszystko, co litewskie, i którzy mają pomysł ograniczenia praw języka litewskiego i praw Litwinów w kościele, chociaż są tylko małą garstką pośród Litwinów, w tym celu zorganizowali masakrę w kościele w święto Imienia Maryi, a Litwini z Kalwarii ogłosili bojkot tj. postanowili nie przyjaźnić się z Polakami, nie dawać pracy polskim rzemieślnikom, nie sprzedawać ani nie kupować niczego od kupców itp.”. W 1907 r. sytuacja w kościele w Kalwarii nie zmieniła się. W gazecie „Šaltinis” nr 14 s. 220-221 napisano: „Kalwaria (gub. suw.) Nieporządek w kościele odnośnie do śpiewania jeszcze się nie skończył. Polacy nadal nie pozwalają Litwinom śpiewać w spokoju. Wydawało się, że w Wielki Post, czas kontemplacji cierpień Jezusa Chrystusa, Polacy opamiętają się, ale gdzie tam, po staremu śpiewają razem z Litwinami, w czasie wyznaczonym dla Litwinów. My miejscowi już się do tego przyzwyczailiśmy, czekając na dzień święty, wiemy, że usłyszymy chór mieszany, ale obcy musi wybiegać z kościoła z zatkanymi uszami. Niektórzy boją się nawet iść do kościoła, bo od czasu do czasu słyszą plotki, że będzie jak w Imię Maryi. Polacy, nie stosując się do decyzji władz kościelnych w sprawie tego, co należy śpiewać, i zamieniając kościół, dom Boży, miejsce modlitwy, w miejsce oburzenia, otworzyli oczy Litwinom i jasno pokazali, kim są ci »polscy bracia«. Litwini, którzy opamiętali się, za taką pogardę dla kościoła, za niesprawiedliwość wyrządzoną Litwinom, zbojkotowali Polaków przed świętami Bożego Narodzenia. Polacy byli początkowo bardzo zdenerwowani, ale potem się otrząsnęli, wiedząc, że nie będzie jedności wśród Litwinów, aby zrealizować swoje postanowienie. I mieli rację, ponieważ Polacy do tej pory nie odczuli konsekwencji tego bojkotu. Polacy założyli polską szkołę, w której wcale nie uczą litewskiego, a jednak są Litwini, którzy pozwalają swoim dzieciom chodzić do tej szkoły, aby je spolonizować; są też chłopi ze wsi, którzy pozwalają swoim dzieciom chodzić do miasta na naukę polskiego, bo wydaje im się, że polski jest językiem »pańskim«, piękniejszym od litewskiego. Czy to świadczy o naszym zrozumieniu i jedności? Można pomyśleć, że ci wszyscy, którzy dziś tak się cieszą z języka polskiego, którzy jak Polacy dają swoim dzieciom mówić po polsku, są zaślepieni i oszukani, a może w ogóle nie chodzą do kościoła, bo wydaje mi się, że wystarczy przyjść choć raz, by na własne oczy zobaczyć, w co Polacy zamienili kościół, by odechciało się jego polonizacji. A co z szyldami w mieście z podpisami po białorusku i po polsku bez podpisów litewskich, czy to świadczy o naszym zrozumieniu i jedności? Nasi Polacy umieją tylko zbierać pieniądze od Litwinów i nie widzą potrzeby okazywania swych uczuć do Litwinów do tego stopnia, żeby szyldy z litewskimi opisami robić; a my sami umiemy tylko chylić głowy przed Polakami, gromadzić dla nich majątki i nie rościć sobie pretensji do wstydu z powodu naszych uczuć narodowych. Opamiętajmy się więc teraz i pokażmy, że Kalwaria jest miastem litewskim i żądajmy, nie jeden czy dwóch, ale wszyscy, aby na szyldach był podpis litewski obok polskiego, a jeśli ktoś nie zechce spełnić naszych słusznych żądań, możemy trzymać się z dala od tych miejsc i udać się z naszymi interesami gdzie indziej. Dodam jeszcze jedno zdarzenie z naszego życia. Wielki Post to czas wywyższenia, czas, w którym zgodnie z przykazaniem św. Kościoła każdy katolik musi przystąpić do spowiedzi Wielkanocnej. 4 marca, chcąc pokazać swoją pobożność, nasi Polacy wystosowali prośbę do JE Arcybiskupa warszawskiego o przysłanie do Kalwarii polskiego księdza do spowiedzi, bo księża kalwaryjscy, jak słyszą, nie przyjmują do spowiedzi tych, którzy w kościele śpiewają po polsku i tych, którzy w domu mówią po polsku. Polacy, omijając własne władze duchowne, odwołali się do arcybiskupa warszawskiego, sądząc, że ich prośba zostanie natychmiast uwzględniona jako męczenników za polskość, ale się pomylili. JE Arcybiskup przesłał prośbę do JE Administratora diecezji sejneńskiej, a po otrzymaniu prośby z Sejn,17 marca ks. diakon poinformował Polaków, że ich prośba została odrzucona jako skierowana do niewłaściwego organu; jeśli Polacy naprawdę chcieli, aby polski ksiądz słuchał spowiedzi, powinni zwrócić się do miejscowej władzy duchownej. Nie ma oczywiście nic niezwykłego w składaniu prośby. Po prostu prośba prośbie nie równa. Nie ma nic złego w napisaniu prośby zawierającej czystą prawdę. Ale taka petycja, jak ta złożona przez Polaków z Kalwarii, jest pełna fałszywych fabrykacji i może tylko jeszcze bardziej pogrążyć miejscowych Polaków. Według autorów petycji miejscowi księża litewscy nie udzielają Polakom rozgrzeszenia za ich polskość. Czy to prawda? Nie tylko Litwini, ale i Polacy po Wielkanocnym odpuście mogą potwierdzić, że jest to najbardziej obrzydliwe kłamstwo. A jeśli księża nie udzielają komuś rozgrzeszenia, to nie za to, że jest Polakiem, ale prawdopodobnie z jakiegoś powodu, z którego również polski ksiądz nie może udzielić rozgrzeszenia. Skąd taka podłość i takie obrzydliwe kłamstwo?! J-is.” Korespondencję w nr 14 uzupełnia korespondencja w nr 17, s. 268 „Šaltinis”: „W nr 14 »Šaltinis« napisano, że niektórzy Polacy z Kalwarii (46 sygnatariuszy) wysłali prośbę do JE Arcybiskupa warszawskiego o przysłanie polskiego księdza do słuchania spowiedzi, ponieważ księża kalwaryjscy, jak słyszą, nie przyjmują do spowiedzi tych, którzy w kościele śpiewają po polsku i którzy w domu mówią po polsku. To, że napisanie tej prośby jest niczym innym jak łajdactwem i obrzydliwym kłamstwem niektórych polskich agitatorów, zostało wyraźnie pokazane: pięknie i zabawnie było zobaczyć, jak kiedy nadszedł czas, Polacy i Polki - mieszkańcy miasta, którzy uważają się za prawdziwych katolików – otrzymali odpust Wielkanocy, a tym samym wyraźnie pokazali swój protest przeciwko niegodziwości niektórych swoich braci i pokazali, że księża z Kalwarii nie są takimi prześladowcami polskości, jak zostali opisani. Wśród sygnatariuszy powyższej petycji są tacy, których ludzie nie widzieli idących do spowiedzi od wielu lat, a są i tacy, którzy nie mówiąc o czasie, który minął, nawet w tym roku - nie byli obecni na nabożeństwie Wielkanocnym, ale tam, gdzie chodziło o profanację księży litewskich, nie zawahali się złożyć swojego podpisu. Miałem kiedyś ciekawą rozmowę z Polakiem na temat tej petycji; między innymi zapytałem go: - Czy pan, waszmości, podpisał tę petycję? Odpowiedział: podpisałem. - Proszę mi w takim razie powiedzieć, jaki ksiądz i kiedy nie przyjął pana, waszmości, do spowiedzi za to, że śpiewał pan po polsku w kościele i mówił po polsku w domu? A - odpowiedział - nigdy nie zdarzyło mi się, żeby ksiądz odmówił mi spowiedzi z powodu mojej polskości. To może - kontynuowałem - może tak było z rodziną? I tego nie było, odpowiedział. To dlaczego pan podpisał, choć to nieprawda? Nie chciałem podpisać - odpowiedział - ale mnie zmusili, grożąc mi, że jeśli nie podpiszę, to mogę wyjechać z Kalwarii; podpisałem, ale teraz żałuję i lepiej byłoby doznać krzywdy, niż przyłożyć rękę do tak nikczemnego czynu. Być może żaden z sygnatariuszy nie wiedział, co podpisuje - kazano im, więc podpisali. Tak wygląda sposób zbierania podpisów, tak działają ludzie „wyższej« kultury, jak dumnie lubią nazywać siebie Polacy! Tak.” W 1907 r. na stronach 276-277 nr 18 „Šaltinis” czytamy o liście Polaków z Kalwarii do Ojca Świętego: „Wstrętne i bezwstydne polskie kłamstwo. Redakcja »Šaltinis« otrzymała w tych dniach z Rzymu, najbardziej wiarygodnego źródła, kopię telegramu, który Polacy z Kalwarii wysłali do Ojca Świętego około miesiąca temu, skarżąc się na administratora diecezji sejneńskiej, ponieważ wraz z litewskimi księżmi prześladował język polski i całkowicie zlikwidował polskie nabożeństwa w kościele w Kalwarii. Telegram jest w języku francuskim, ale litewskie tłumaczenie jest następujące: »Do Jego Świątobliwości Ojca Świętego w Rzymie. Od pięciu lat naszą diecezją rządzi prałat Litwin, Polakom nie przychylny. Nasz kościół, zbudowany polskim kosztem, przez wieki cieszył się polskimi pieśniami i modlitwami. Teraz wszystko zostało nam odebrane. Kapłaństwo litewskie odebrało nam pieśni i modlitwy polskie, prześladując nasz język i nasze naturalne uczucia. Nasza prośba już dawno została wysłana do Waszej Świątobliwości przez ręce kardynała Merry del Val, ale pozostała bez odpowiedzi. Tak więc, Ojcze Święty, po raz kolejny ośmielamy się prosić Waszą Świątobliwość o mądrego i sprawiedliwego biskupa, nakazując mu wypełnienie przywilejów nadanych nam przez zmarłego biskupa Baronasa, Litwina, ale o wzorowej sprawiedliwości. W imieniu 1500 Polaków, mieszkańców miasta Kalwarii w guberni suwalskiej«. Każde słowo jest podłym kłamstwem, mającym na celu bezwstydne oszukanie Ojca Świętego. Przegrawszy we wszystkich instancjach, duchownych i świeckich, sprawę przeciwko urządzaniu przez władzę duchowną nabożeństw w kościele kalwaryjskim, Polacy kalwaryjscy, aby osiągnąć swój cel, nie cofnęli się nawet przed największą hańbą - oszustwem samego Najwyższego Pasterza Kościoła. Tak jest naprawdę: Parafia Kalwaria liczy 11875 katolików, wśród których, według najdokładniejszych danych, nie ma nawet pięciuset Polaków. Tylko Polacy, zaślepieni, potroili swoje własne liczby. Kościół w Kalwarii nie został zbudowany kosztem Polaków, ale przez wszystkich parafian w 1840 roku, a w 1905 roku, również kosztem całej parafii, dobudowano do niego dwie boczne kaplice. Śpiew w kalwaryjskim kościele od początku nie był w języku polskim: żyją jeszcze starzy ludzie, którzy pamiętają, jak dawniej śpiewano po litewsku. Dopiero gdy biskup sejneński Strašinskis (zm. w 1847 r.) uparł się spolonizować Litwinów, wprowadzono - jak w wielu parafiach, tak i w Kalwarii - dodatkowe nabożeństwo w języku polskim. Ta niechęć Litwinów trwała do teraz. Administrator diecezji biskup Baronas nie uznał żadnych przywilejów dla Polaków, a jedynie nie zmienił stanu rzeczy, ponieważ Litwini nie domagali się wtedy wyraźnie swoich praw. Ale gdy tylko Litwini z Kalwarii dojrzeli w swoim narodowym zrozumieniu i zobaczyli niesprawiedliwość wyrządzaną im w kościele, zaczęli nieustannie domagać się od swoich władz duchownych uporządkowania nabożeństw, ponieważ tak wyraźna niesprawiedliwość, na równi z garstką Polaków, nie mogła być dłużej tolerowana. Słuszne żądania Litwinów musiały zostać spełnione. Administrator diecezji sejneńskiej z pewnością zachował się w tej sprawie jak dobry pasterz, który troszczy się o wszystkie owce: układając język w kościele w Kalwarii, dał Polakom znacznie więcej, niż powinni mieć prawo według własnej liczby”. Korespondencja podpisana przez Lietuvisa, opublikowana w „Šaltinis” nr 22, s. 344, 1907, donosi, że „dobre” prace nie zostały zakończone. W nocy 26 kwietnia w zostały wybite okna ks. Naujokaitisa, a 27 kwietnia organisty Švedasa. Na stronach 538-539 „Šaltinis” nr 34 z tego samego roku donosi się o niegodziwym zachowaniu Polaków - śpiewach, uniemożliwieniu Litwinom dokończenia Mszy Świętej czy nieszporów. Podobne incydenty opisywane są także w 1908 (nr 42, s. 666, nr 51, s. 807) i 1909 roku (nr 14, s. 215-216, nr 52, s. 827). W czasie przeznaczonym dla Litwinów Polacy śpiewali. Nie słuchali nawet księży, którzy namawiali ich do śpiewania w czasie przeznaczonym dla Polaków. Kościół w Kalwarii nie był jedynym, który musiał walczyć o prawa języka litewskiego. W przeszłości kościół w Berżnikach był sceną walk, a nawet musiał zostać zamknięty. Oto, co napisano na stronie 269 tygodnika „Šaltinis” w 1906 r.: „Minęły już dwa lata, odkąd dwaj sąsiedzi pokłócili się i jeszcze się nie pogodzili. Polacy chcą, aby wszystkie pieśni w kościele w Berżnikach były śpiewane tylko po polsku, podczas gdy Litwini, nie pozwalając sobie na całkowitą krzywdę, nalegają na litewskie pieśni przynajmniej co drugą niedzielę. To jest cały powód nieporozumień. Władze duchowne, na prośbę Litwinów, uznały ich słuszne pragnienie oddawania czci Bogu na swój własny sposób i nakazały, aby co drugą niedzielę wszystkie działania towarzyszące nabożeństwom odbywały się w języku litewskim. Polacy sprzeciwili się tej słusznej decyzji władzy, nie pozwalając Litwinom śpiewać. Doprowadziło to do kłótni i nieporozumień, władze kościelne zostały zmuszone do całkowitego zamknięcia kościoła w Berżnikach, a księżom nakazały osiedlić się w Sejnach. Polacy i teraz, choć w ciągu tych dwóch lat wycierpieli sporo i są podburzani przez nielicznych upartych, niemiłych ludzi - szowinistów - jedni opierają się decyzji władz kościelnych, inni zaś, stanowiący większość, albo nie mają odwagi, albo są zbyt naiwni, by zrzucić jarzmo podżegaczy i pojednać się ze swymi litewskimi sąsiadami, z którymi przez tyle lat żyli w zgodzie i którzy, choć z bólem, zachowywali dotąd spokój. W tym stanie rzeczy Litwini postanowili odłączyć się od parafii w Berżnikach i wybudować sobie osobny kościół, jeśli Polacy nie zmądrzeją i będą nadal sprzeciwiać się decyzji rządu. Przede wszystkim, oczywiście, my Litwini, będziemy domagać się od Polaków zapłaty naszego udziału w kościele w Berżnikach. Odpowiedni teren pod budowę kościoła znajduje się w Kucianach. Mieszkańcy wsi Kuciany obiecują dać ziemię pod kościół, cmentarz i księdza. Cztery wioski, Kuciany, Kažainiai, Miškiniai i Pieniuočiai - około 130 rolników - wyraziły już chęć odłączenia się od parafii Berżniki. Podpisali oni umowę, że poniosą wszystkie koszty i pracę zgodnie z uchwałą nowej parafii i kościoła wszystkich tych, którzy tego chcą. Należy mieć nadzieję, że wszyscy pozostali Litwini z parafii Berżinki nie będą chcieli pozostać pod polskim jarzmem i wyrzec się swojej narodowości, jak to już zrobiło kilku, którzy podobnie jako wyrodki zaliczają się obecnie do najbardziej zaciekłych wrogów Litwy. Oczywiście nie można zbudować kościoła bez gorliwości i oddania: będzie to wymagało zmęczenia, wysiłku i pieniędzy, ale jeśli rozpocznie się pracę z pragnieniem większej chwały Bożej, wszystko można łatwo pokonać. Dlatego, Litwini, do dzieła! Beržininkietis”. Również parafia Lubowo słynęła z bójek. Oto korespondencja opublikowana w „Šaltinis”, 1907, nr 20, s. 315: „Prace kulturalne cywilizowanych Polaków szerzą się. Parafia Lubowo, jak już wielokrotnie pisano, składa się w połowie z Litwinów i Polaków, czyli z ludu litewskiego. Jest 35 gospodarstw czysto litewskich i 31 tzw. polskich. Przez długi czas dzieło polonizacji prowadzili księża i z czarnymi kołnierzykami, oczywiście nie bez osiągnięć - dziś Geležauckai, Meršiukai, Blusiai, Oškiniai, Pajaujai, Palukoniai, Saladonis, Jaseliūnai i inni mówią językiem mazurskim, zmieszanym z litewskimi słowami. Litwini nie mieli tu nic w kościele, może tylko czasami na Boże Narodzenie lub Wielkanoc słyszeli kazanie w swoim naturalnym języku. Ale kiedy Litwini zaczęli się opamiętywać, nie mogli dłużej znosić takiej niesprawiedliwości i w ostatnim roku wysłali deputację (wysłanników) do JE Administratora diecezji sejneńskiej z prośbą, żeby nakazał, aby nabożeństwa w kościele w Lubowie w jedną niedzielę były po litewsku, a w drugą po polsku. Jego Miłość Administrator, choć nie do końca, wysłuchał prośby Litwinów i nakazał, aby kazanie i nabożeństwo w jedną niedzielę było w języku litewskim, a w drugą w języku polskim. Nabożeństwa w maju i czerwcu odbywały się wyłącznie po polsku. Wygląda na to, że Polacy tego potrzebowali. Ale gdzie tam! Chcieli, żeby w kościele nie było ani słowa po litewsku. Co powinni zrobić, żeby litewskie nabożeństwa zostały wyeliminowane? - Uciekli się do znanego narzędzia - walki. Myślano, że wywołają bójkę w Wielkanoc, ale wtedy to nie zadziałało: więc udało im się dokonać tego nikczemnego czynu w niedzielę przed Wniebowstąpieniem Pańskim. Tego dnia wypadało nabożeństwo litewskie. Litwini odśpiewali więc wcześniej różaniec. Kiedy śpiewali, wtargnęło 50 Polaków, ale najwyraźniej nadal wstydzili się przelewać krew w kościele. Po wszystkim Litwini się rozproszyli, a śpiewacy z 30 mężczyznami zostali zabrani do szpitala. Nie zdążyli dotrzeć do szpitala, gdy kompania Polaków przybyła z kieszeniami kamieni i rozpoczęła walkę. Kiedy dotarli do szpitala, zaczęli rzucać kamieniami w okna. Kompanią dowodził Kirmelevičius. Litwini zgromadzili się na piętrze i bronili się. Ale policja natychmiast przyszła z pomocą mazurom. Policjanci, jak mówią, byli pijani i poproszeni przez Polaków. Zaczęli ściągać Litwinów z piętra i oddawać ich Polakom, rzekomo w obronie. Strażnicy pracowali z wyjętymi mieczami. Strażnik przeciął mieczem rękę śpiewaka Štreimikisa i teraz nie ma on nad nią kontroli. Trzech Litwinów zostało pobitych tak dotkliwie, że nie można ich nawet rozpoznać, a jeden z nich ledwo żyje. W sumie pobito ponad 10 osób. Polacy, którzy byli najbardziej widoczni w bójce i jej organizacji to Šmigelskas, pseudonim Ulon, Kirmelavičius, Zaremba i Skotnickis. (…)”. W „Šaltinis” 1909, nr 16, s. 249-250, ks. M. Brundza opisuje sytuację w parafii Wiżajny. To prawda, nie było tu walk. Wspomina się jednak o innym bolesnym fakcie - o tym, że spolonizowani księża litewscy również przyczyniają się do alienacji swoich parafian. Oto, co powiedział ks.: „Nasi endecy chcieliby zaliczyć Wiżajny do parafii czysto polskich. Na zebraniach, jeśli o tym mówią, od razu oskarżają księży o litwomanię, o chęć szerzenia Litwy przez Kościół. Mówią, że tu nie ma Litwinów, a jeśli są, to wszyscy rozumieją po polsku. W rzeczywistości tak nie jest. Według statystyk jest tu od 600 do 700 Litwinów. Liczba ta jest więc znaczna. To prawda, że niektórzy z nich rozumieją język polski, ale większość nie. Dlatego na drodze sprawiedliwości księża nie porzucają spraw duchowych. W każdą niedzielę czytana jest im Ewangelia w języku litewskim, a co czwartą lub piątą niedzielę głoszone jest kazanie. Ks. Vencius lub Vencevič, jak sam się pisał, był proboszczem w Wiżajnach od 30 lat. Choć przez cały ten czas był pracowitym i gorliwym kapłanem, nie zajmował się sprawami duchowymi Litwinów, ale sam będąc spolonizowanym, przyczyniał się do ich polonizacji. Nie uczył litewskich dzieci katechizmu w ich naturalnym języku, a jedynie kazał im uczyć się polskiego pacierza, a następnie katechizował je razem z Polakami. Kiedy Litwini przychodzili do niego w interesach, nigdy nie rozmawiał z nimi po litewsku, nawet jeśli nie rozumieli polskiego. »Dla czego się nie uczysz po polsku« mawiał do wszystkich proboszcz. - Nawet teraz Polacy są często zaskoczeni, gdy słyszą księdza rozmawiającego z Litwinami po litewsku. Wcześniej, jak słyszą, tak nie było. Z biegiem czasu mówią z dumą, księża rozmawiają po litewsku między sobą, a nawet w zakrystii!… Ksiądz Vencius za dużo przesiadywał z panami, więc uległ ich wpływom. Aby Litwini się nie gotowali, kilka razy w roku czytał im Ewangelię po litewsku. Taki był duch czasu; Litwini milczeli. I nic dziwnego, że uciekali się do języka polskiego i w ten sposób większa połowa z nich stawała się coraz bardziej spolonizowana. Większość dziś mówi: »Moi dziadkowie i rodzice mówili po litewsku, ale ja już nie mówię«. To są inne czasy. Ci, którzy jeszcze nie mówili w tym języku, już nie wstydzą się swojego nazwiska, kochają swój język i pielęgnują go. Litwini w naszym kraju również zaczynają rozumieć siebie, dorastać i domagać się więcej swoich sprawiedliwych praw. W tym roku zaczęliśmy czytać pacierz po litewsku w kościele, biorąc pod uwagę ich duchowe korzyści. Podczas kolędy nie raz mi się tak zdarzyło. Pytam o pacierz po litewsku - nie znają. Może mówisz po polsku? - Nie, odpowiada, nie jestem Polakiem, chcę się pomodlić po litewsku. To dlaczego się dobrze nie nauczyłeś? - Pytam. - A od kogo »jagomastie«, się nauczę, odpowiada, ja nie nauczony, a w kościele nie czyta się pacierzy po litewsku. Na to, oczywiście, musiałem się zamknąć i na ile mogłem, starałem się spełnić ich słuszne żądanie…”. Oprócz korespondencji z poszczególnych parafii „Šaltinis” publikował szersze artykuły przeglądowe na temat stosunków polsko-litewskich i szukał przyczyn nieporozumień. W artykule „Lenkiškoji katalikybė” opublikowanym w 1907 r., nr 42, D. Dumbrė stwierdziła, że Polacy wykorzystują wiarę do polonizacji naszego narodu, że polscy nacjonaliści (endecy) zmuszają duchowieństwo do utrzymywania i rozpowszechniania czysto polskich nabożeństw w litewskich kościołach, nawet tam, gdzie Litwini stanowią większość. Jeszcze przed rozbiorami państwa polskie sejmy, a raczej panowie, mianowali na biskupa czy proboszcza kogo chcieli, a oni musieli realizować politykę swoich panów. Utrudniało to pracę Kościoła w całym kraju, a szczególnie katastrofalne było na Litwie. Tutaj Litwini musieli słuchać polskich kazań, których nie rozumieli, śpiewać polskie pieśni i wreszcie modlić się z polskich modlitewników. W takich warunkach Kościół nie miał wiele do przekazania ludziom, ponieważ nie był w stanie z nimi rozmawiać. Starano się ich przekonać, że język polski jest bardziej odpowiedni do oddawania czci Bogu, a językiem litewskim posługują się tylko chamy. W artykule „Iš mūsų kaimynų lenkų gyvenimo” („Šaltinis”, 1908, nr 12, s. 180-182) Sąjungietis pisze, jak najbardziej wpływowa polska partia, Endecja, sprowadza Polaków na złą drogę. Fundamentem nie jest wiara, lecz narodowość, czyli polskość. Czyni wiarę sługą polskości. Endecja przejęła władzę także na Litwie i przeniknęła do kościołów, by za ich pośrednictwem polonizować Litwinów. Ważne, że wśród polskiego duchowieństwa są też prawdziwi litewscy orędownicy, np. ks. dr W. Namiotko (w wydanej w 1908 r. w Sejnach książce: Ks. dr Wł. Namiotko - Precz z nienawiścią narodową). Ten prawdziwy kapłan często umiał powiedzieć gorzką prawdę prosto w twarz. Z endekami walczył też założony w 1907 roku Związek Katolicki. W 1910 r., w numerze 52 „Šaltinis”, sama redakcja również zabrała głos w artykule „Prieš lenkomanų darbus”, wyrażając szacunek dla narodu polskiego, ale oskarżając tak zwanych polonizatorów o niegodziwość: „polonizatorzy są solą w oku Litwinów. Dlaczego Litwini nie chcą być Polakami? Dlaczego Litwini mają mieć własny język, własne pismo? Czy nie mają dość polskiego języka, polskich książek, polskich gazet. Tak jak Litwini otrzymali wiarę od Polaków, tak mogą znaleźć zbawienie tylko w polskości. Tak myślą Polacy i robią wszystko, by uniemożliwić Litwinom wychowanie własnego języka na Litwie, szerzenie oświecenia, zdobywanie własnych praw…”. Wszystko tu opisane miało miejsce sto lat temu. Być może nie warto byłoby o tym wspominać, gdyby podobne wydarzenia nie powtórzyły się w drugiej połowie XX wieku w kościele sejneńskim. W latach 1946-1980 Litwini z parafii Sejny musieli walczyć o litewskie nabożeństwa. Dopiero dzięki Ojcu Świętemu Janowi Pawłowi II sprawa została rozwiązana. Może wreszcie tzw. polonizatorzy zrozumieli, że każdy ma prawo czcić Boga w swoim języku.