Gintaras Lučinskas Komenda Powiatu Łoździejskiego (Sejneńskiego) Litewskiego Korpusu Lokalnego wiosną 1944 roku Gdy II wojna światowa zbliżała się ku końcowi, Litwa dążyła do odzyskania niepodległości, podobnie jak w 1918 roku. Swoje nadzieje pokładała w Karcie Atlantyckiej, która głosiła prawo każdego narodu i państwa do decydowania o własnej przyszłości, ładzie wewnętrznym i unii z innymi państwami. Na Litwie grasowały uzbrojone gangi i nie było nikogo, kto by je poskromił. Trzeba było mieć własną armię, aby bronić prawa narodu do życia, do przetrwania. Niemieckie dowództwo wojskowe oparło się żądaniu Litwinów, aby stworzyć narodową armię wszystkich rodzajów broni, więc generał Stasys Raštikis odmówił dowodzenia przyszłą armią. Sytuację uratował fakt, że generał Povilas Plechavičius zgodził się na stworzenie i dowodzenie Litewskiego Korpusu Lokalnego (LVR). Na tej podstawie na początku 1944 r. zaczęto formować tzw. armię gen. Plechavičiusa, która miała bronić narodu przed wrogami wewnętrznymi i zagranicznymi, działając zgodnie ze statutami wojskowymi przedwojennej Litwy. 12 lutego 1944 r. na pierwszej stronie szóstego numeru tygodnika żołnierzy litewskich „Karys” ogłoszono wielkimi literami, wyłącznie i dobitnie: Powstaje Litewski Korpus Lokalny Aby przeciwdziałać rosnącemu rozprzestrzenianiu się bandytyzmu, LITEWSKI KORPUS LOKALNY (Litauische Sonderverbande) Dowódcą KORPUSU LOKALNEGO zostaje mianowany gen. Plechavičius, Povilas 16 lutego 1944 r. generał Povilas Plechavičius zwrócił się przez radiotelefon w Kownie do młodzieży litewskiej, zapraszając ją do przyłączenia się do zorganizowanego Litewskiego Korpusu Lokalnego i przygotowania się do obrony ojczyzny przed zbliżającą się czerwoną zarazą. Obszarem działania LVR jest terytorium Litwy. Bez zgody dowódcy korpusu żadna jej jednostka nie może być użyta do walki poza granicami Litwy. Zespołem będą dowodzić wyłącznie oficerowie litewscy. Przemówienie gen. P. Plechavičiusa było bardzo patriotyczne, motywujące. Powiedział: <…> litewscy żołnierze! Gdy Ojczyzna jest w niebezpieczeństwie, weźmy w swoje ręce mocny oręż, abyśmy, zebrawszy się wszyscy w Litewskim Korpusie Lokalnym, oczyścili naszą ziemię z tych wszystkich bandytów, którzy idą ze Wschodu, którzy zabijają naszych braci, gardzą naszymi kobietami, grabią i palą naszą własność. A wy, młodzieży litewska, która nie miałaś broni w ręku, idźcie w ślady waszych starszych braci. Litwini, zapraszam Was do przyłączenia się do Korpusu Lokalnego, którą organizuję. Wszyscy idźcie do komendantów waszych powiatów, bo nadszedł czas obrony Ojczyzny. Krew ochotników i partyzantów, którzy zginęli w walkach o niepodległość, nie bez powodu została przelana, będziemy kontynuować rozpoczęte przez nich dzieło i nie zapominajmy o słowach hymnu naszego Narodu: Litwo, nasza Ojczyzno, jesteś ziemią bohaterów. Zatem, ludzie do broni! Zarządzeniem nr 1 z dnia 16 lutego 1944 r. dowódcy LVR gen. P. Plechavičiusa na stanowiska komendantów powiatów LVR powołano 25 oficerów. Komendanci zostali mianowani w dniach 10–12 lutego 1944 r., pełniąc tę funkcję jeszcze przed wystąpieniem gen. Povilasa Plechavičiusa w radiu z okazji Dnia Niepodległości Litwy. Komendanci w trybie pilnym przystąpili do prac przygotowawczych mających na celu stworzenie formacji Korpusu Lokalnego. Zgodnie z instrukcjami sztabu LVR w komendach powiatowych mieli służyć komendant, oficer wiedzy, kierownik gospodarczy-urzędnik, dwóch urzędników, podoficer do spraw gospodarczych i tłumacz. Oficer wiedzy komendanta w swoim zakresie pracy podlegał szefowi II wydziału sztabu LVR. Zgodnie z instrukcjami personelu LVR, oficerowie wiedzy byli zobowiązani do natychmiastowego nawiązania kontaktów z lokalnym biurem policji bezpieczeństwa i funkcjonariuszami policji publicznej w celu „przeprowadzenia selekcji nieodpowiedniego elementu w sensie politycznym i kryminalnym spośród ochotników wchodzących do LVR”. Oficerowie wiedzy byli zobowiązani do zbierania informacji o czerwonych partyzantach działających w ich własnych i sąsiednich powiatach. Jednostki wojskowe zostały utworzone przy komendantach powiatów LVR. Oprócz chłopaków z wioski do tych oddziałów dołączali bardzo chętnie uczniowie ostatnich klas gimnazjów i specjalnych szkół średnich. Szefowie placówek oświatowych nie sprzeciwiali się tej szlachetnej determinacji młodzieży i wspierali inicjatywę młodych patriotów. Komendantem powiatu łoździejskiego (sejneńskiego) został mianowany ppłk Jonas Kazitėnas-Kaziutis. Mjr Stasys Vladas Asevičius został mianowany zastępcą komendanta i kierownikiem gospodarczym. Komenda powiatu łoździejskiego została sformowana w marcu 1944 roku. Ze źródeł archiwalnych wiadomo, że w komendanturze łoździejskiej służył: ppor. Kazimieras Batura, ppor. Juozas Krakauskas (dowódca plutonu), ppor. Pranas Razminas i Zenonas Šarka (ur. 1923, z Lejpun) pełnili funkcję urzędnika. Zarządzeniem nr 8 z dnia 26 kwietnia 1944 r. komendanta LVR do komisji powiatowych: w powiecie łoździejskim – Powołano lekarzy do sprawdzania stanu zdrowia poborowych. Ppor. Viktorasa Miliauskasa i Steponasa Norkusa. Kompania składająca się z trzech plutonów została utworzona w pobliżu komendy powiatu łoździejskiego. Dowódcą kompanii został ppor. Baltrus Jurkša. W kompanii służyło 112 żołnierzy, byli oni uzbrojeni w 9 lekkich karabinów maszynowych i 103 karabinów. Ze źródeł archiwalnych znane są także nazwiska kilku żołnierzy: Balysa Černiauskasa (ur. 1917), Juozasa Krikščiūnasa (ur. 1924), Juliusa Kaleininkasa (ur. 1925). Do głównych zadań służby należy patrolowanie miasta oraz pilnowanie Komendy. „Plechavičiukai” nosili niemieckie mundury i byli uzbrojeni w francuskie karabiny. Krążą wieści, że oddział komendy rejonu łoździejskiego kilkakrotnie wyruszały na poszukiwanie czerwonych partyzantów. Po raz pierwszy pod koniec kwietnia 1944 roku oddział liczący około 20 żołnierzy dowodzony przez ppor. Juozas Krakauskas „przeczesywał” las w okolicach Kopciowa, ale nie znalazł czerwonych partyzantów. Druga akcja przeciwko czerwonym partyzantom odbyła się w maju, w okolicach Lejpun. Wzięła w nim udział grupa około 20 żołnierzy pod dowództwem Jonasa Pinkevičiusa. „Plechavičiukai” pojechali do miejsc poszukiwań ciężarówkami. Podczas obu operacji oddział komendy powiatu łoździejskiego nie napotkał czerwonych partyzantów i nie poniósł strat. W maju grupa ppor. Juozasa Krakauskasa została wysłana do lasu Šulneleliai (12 km od Łoździej) w celu wyrębu drewna na opał. W lesie „plechavičiukai” natknęli się niespodziewanie na grupę czerwonych partyzantów. W czasie strzelaniny litewskim żołnierzom udało się wziąć do niewoli jednego uzbrojonego czerwonego partyzanta. Raz żołnierze kompanii komendy powiatu łoździejskiego wraz z policjantami poszli do lasu Žalioji, aby złapać czerwonych partyzantów. W czasie tej akcji „plechavičiukai” zatrzymali kilku czerwonych partyzantów. Gdy hitlerowcy zlikwidowali Litewski Korpus Lokalny, większość żołnierzy komendy i kompanii powiatu łoździejskiego, na rozkaz swoich dowódców, odeszła z bronią i nie została aresztowana przez Niemców. Dowódca plutonu ppor. Juozas Krakauskas (ur. 1914), oddelegowany do Kowna, został aresztowany przez Niemców w Mariampolu 13 maja 1944 r., a następnie przewieziony do Kowna. Komenda powiatu łoździejskiego została zlikwidowana 1 czerwca 1944 r., kiedy to zwolniono ze stanowisk ostatnich na służbie: podoficera Truskę, urzędnika Vailionisa i tłumacza Tadasa Palionisa. 3 sierpnia 1944 r. część byłych żołnierzy komendy powiatu łoździejskiego z Łoździej wycofała się w kierunku Żmudzi, ale w Kalwarii przez żandarmerię niemiecką została skierowana do Tylży. Oficerów rozdzielono i wywieziono do Drezna, a żołnierzy włączono do niemieckiego oddziału ochrony przeciwlotniczej. Część z nich tam została, a później wyemigrowała na Zachód. Jednak po ponownym zajęciu sowieckim część „plechavičiukai” została na Litwie represjonowana. Wiosną 1944 r. świadkowie tych wydarzeń spisali krótkie wspomnienia o służbie LVR w komendzie powiatu łoździejskiego (sejneńskiego) Po emigracji do Kanady, w latach 1970–1971 Stasys Asevičius (1895–1972) napisał wspomnienia „Praeitin atsigręžus”, które zostały wydane na Litwie w osobnej książce w 1993 roku. Ostatni rozdział tej książki nosi tytuł „Dar viena tarnyba” – opowiada o tym, jak w Łoździejach powstał oddział Korpusu Lokalnego, został zlikwidowany i jak część „plechavičiukai” wycofała się na Zachód. Na początku 1944 r., w lutym, otrzymałem telegram od gen. Plechavičiusa: aby jak najpilniej przyjechać do Kowna na konsultację z komendantami powiatu, ponieważ zostałem mianowany komendantem powiatu łoździejskiego. Na zebraniu komendantów generał Plechavičius powiedział mi, że ja zostałem mianowany na asystenta, a podpułkownik Kaziutėnas na komendanta. Jeśli nie zgadzam się z tą nominacją, to zostałbym przydzielony do dowolnego batalionu, ale musiałbym odejść. Po namyśle zgodziłem się, ponieważ nie chciałem wyprowadzać się z mojego gospodarstwa i rozstawać się z rodziną. W ten sposób od 25 lutego 1944 r. rozpocząłem pracę w komendzie powiatu łoździejskiego jako nadzorca gospodarczy. Pracy wielkiej nie było, bo od Niemców nic nie można było uzyskać. Ze sztabu byłego komendanta nikt nie wrócił. Trzeba było zadowolić się zupełnie nowymi urzędnikami, którzy nawet nie służyli w wojsku. 18 marca przyjęto dwóch szeregowych – jako stróżów. Konieczne było pilnowanie baraków, przewidzianych na uformowanie kompani przy komendzie. Nie było pośpiechu formowaniem kompanii, ponieważ, jak powiedziałem, nie można było zdobyć ani broni, ani umundurowania. Co prawda ochotników było całkiem sporo i zostali przyjęci, ale tego samego dnia i zwolnieni na urlop do osobnego powołania. Dopiero w kwietniu dotarła do nich część odzieży i karabinów, więc od 1 kwietnia ożywiła się również organizacja kompanii. Inspektor gimnazjum, ppor. Jurkša, został mianowany dowódcą tej kompanii. Mniej więcej w połowie maja pojawiły się w Łoździejach dwie niemieckie tankietki i jedna ciężarówka z żołnierzami SS. Nawet się nie zatrzymując, tylko przejeżdżając się po Łoździejach, odjechali znowu. Zaczęły krążyć pogłoski, że Niemcy likwidują formację. Dzwoniliśmy do Kowna, nikt nie odebrał. Zaczęliśmy się niepokoić, szczególnie dowódca kompanii, który wywoływał prawdziwą panikę wśród żołnierzy. Później dowiedzieliśmy się, że batalion stojący w Mariampolu został rozbrojony, większość ludzi uciekła, innych wsadzono do ciężarówek i wywieziono. Po tej wiadomości dowódca naszej kompanii zwolnił wszystkich żołnierzy i sam pojechał z Łoździej do powiatu mariampolskiego, do swojej ojczyzny. Komenda pozostała bez żołnierzy. Nawet urzędnicy zniknęli od 1 czerwca, nie przyszli już do pracy. Komendant, ppłk Kaziutėnas, napisał ostatni rozkaz 21 czerwca, w którym informował, że podoficer Truska, urzędnik Vailionis i tłumacz Palionis, jako, że przestali pełnić swoje obowiązki, zostali usunięci ze składu komendy od 1 czerwca. W dniu 16 czerwca 1944 r. skorzystałem z niemieckiego rozkazu nr 12 z dnia 5 czerwca 1944 r., który mówił, że oficerowie wyższych stopni, począwszy od majorów, są zwolnieni z poboru do oddziałów pomocniczych armii niemieckiej. Złożyłem więc prośbę i zostałem zwolniony z komendy. Wróciłem znowu na farmę. Nie długo mogłem tu jednak być. Już 29 lipca musiałam opuścić dom z całą rodziną i wyjechać na Zachód. Pośpiesznie wycofaliśmy się i już 2 sierpnia dotarliśmy do jednej wioski w pobliżu Wisztyńca, gdzie zastaliśmy komendanta powiatu łoździejskiego z kilkoma żołnierzami. My też do nich dołączyliśmy. 3 sierpnia komendant został wezwany do Wisztyńca razem z Niemcami. Stamtąd przywiózł wiadomość, że wszyscy zostali wyznaczeni do kopania rowów rano niedaleko naszego miejsca zatrzymania. Przygotowywaliśmy się na jutro. Ale jakąś godzinę później przybył niemiecki porucznik SS i kazał udać się do Tylży. W tym celu komendant przekazał pisemny rozkaz. Zaczęliśmy przygotowywać się do dalszej podróży. 4 sierpnia wcześnie rano przekroczyliśmy granicę i ruszyliśmy w kierunku Tylży. Jechaliśmy już bez wahania, bo Rosjanie trzymali się daleko, choć słychać było jeszcze działa artyleryjskie. Walki toczyły się w okolicach Wyłkowyszek, które kilkakrotnie przechodziły z rąk do rąk. Kilka dni później, bez wahania, dotarliśmy do Tylży. Gdy się spotkaliśmy, żandarmi skierowali nas na jeden z placów w Tylży. Spędziliśmy tam dwa dni pod gołym niebem. Trzeciego dnia przyjechał pułkownik SS z porucznikiem i powiedział, że dziś po południu wszyscy oficerowie wraz z rodzinami zostaną zabrani na stację kolejową, pojedziemy do Drezna, do szkoły policyjnej, a reszta wszystkich młodych mężczyzn, gotowa za pół godziny, pomaszeruje do koszar. Kto ma konie, zobowiązany jest je dostarczyć do koszar. Tam konie z wozami zostaną wycenione i zabrane. Tak więc, po pożegnaniu się z naszymi dziećmi, udaliśmy się również na stację kolejową. Jeszcze przed opuszczeniem placu przybył porucznik SS i wręczył podpułkownikowi Kaziutėnasowi dokumenty do jazdy pociągiem, a także list do szkoły policyjnej w Dreźnie. 10 sierpnia, już późno w nocy, wsiedliśmy do wagonów i odjechaliśmy do Drezna. Po przybyciu na stację w Dreźnie zostaliśmy powitani przez Niemców i zaprowadzeni do Klatze na przedmieściu Drezna, gdzie znajduje się szkoła policyjna. Była już późna noc. Po oddzieleniu kobiet od mężczyzn spędziliśmy tu noc. Nazajutrz przygotowano furmanki po południu i po zajęciu miejsc zabrali wszystkie kobiety do prywatnych mieszkań, a nas pozostawiono w szkole. Pozwolono nam odpocząć przez kilka dni i posprzątać teren. Później część młodszych skierowano do oddziałów litewskich, które stały pod Dreznem. Wszyscy pozostali, z wyjątkiem majorów i pułkowników, byli codziennie zabierani przez kapitana policji niemieckiej do tutejszego lasu na zajęcia. Tak mijały dni. Później odnaleźliśmy nasze rodziny w Klatze i odwiedziliśmy je. Wszystkie kobiety, które nie miały małych dzieci, zostały skierowane do pracy, dodatkowo zaopatrzone w paszporty i karty żywnościowe. My, mieszkając w szkole, karmiliśmy się ze wspólnego kotła. Jedzenie było do zniesienia. Po kilku tygodniach mieszkania w szkole, pewnego dnia wszyscy zostaliśmy przeniesieni do centrum miasta, do restauracji w zoo, która w tym czasie została zamieniona na baraki. Tam było to samo życie: młodsi codziennie chodzą na zajęcia, starsi mają wolne. Dni są długie, więc do zoo zaglądaliśmy prawie codziennie. Trzeba powiedzieć, że wyglądało na dość bogate, było na co popatrzeć. Żyliśmy tak do 21 września, kiedy to ustawiono nas w szeregu do stopnia majora włącznie, przekazano podpułkownikowi Franciszkowi, posadzono w wagonach i zawieziono na stację kolejową. Sierpień 2004 Juozas Krikščiūnas napisał w swoim życiorysie: Urodziłem się 8 grudnia 1924 roku Łoździejach w rodzinie urzędnika. Tata, Bronius Krikščiūnas, był urzędnikiem pocztowym w Łoździejach i członkiem organizacji strzeleckiej (należał do IX formacji Sejn). Został odznaczony Medalem Orderu Giedymina. Matka Izabelė Launikonytė-Krikščiūnienė była gospodynią domową. <…> marzec 1944. Na początku, od 8 klasy Gimnazjum w Łoździejach, dołączyłem jako wolontariusz do Korpusu Lokalnego w Łoździejach. Na czele komendantury w Łoździejach stanął komendant płk Kazitėnas. Kompania liczyła około 100 żołnierzy. Prowadzili nas mjr Asevičius, nauczyciele Gimnazjum w Łoździejach – ppor. Jurkša, Razminas, Batura. Uzbrojenie było, można powiedzieć, tylko symboliczne. Żołnierze kompanii pilnowali gabinetu komendanta, a gdy pojawili się czerwoni lub inne podejrzane osoby, uczestniczyli w pościgu razem z policją. Takie pościgi miały miejsce w rejonie Łoździej, w lesie Žalioji. Aresztowaliśmy kilku partyzantów, bo musieliśmy brać udział w tych pościgach. Maj 1944. Komendant w Łoździejach zlikwidował kompanię, wywieźli mnie do Niemiec na roboty i musiałem kopać okopy. W miarę zbliżania się frontu musiałem wycofywać się coraz bardziej w głąb Niemiec. Po wielkich cierpieniach i przeżyciach, tylko przypadkiem, dostałem się do Tybingi, a tu, dzięki dobrym ludziom, dostałem się na studia. Od 1945 roku studiowałem na uniwersytecie na wydziale filozoficznym. W 1949 roku werbowano uchodźców do Australii. W ten sposób znalazłam się już z rodziną w Australii. Tu znowu zaczęło się ciężkie życie, dyplomy nie zostały uznane. Imałem się różnych zajęć. <…> W książce „Dzūkai 2”, wydanej w 2010 roku przez regionalnego badacza Juozasa Kuckailisa, opublikowano wspomnienia żołnierza LVR Zanasa (Zenonasa) Šarki na temat służby: <…> Juozas Mikas, sekretarz okręgu Lejpun, napisał rekomendację. Razem z nią przedstawiłem się Łoździejach podpułkownikowi Jonasowi Kazitėnasowi-Kazičiusowi, komendantowi okręgu w Sejnach. W siedzibie komendanta utworzono kompanię. Trzy oddziały. W sumie 107 mężczyzn. Zastępcą komendanta, szefem gospodarczym był major Stasys Asevičius, dowódcami plutonów – ppor. Juozas Krakauskas, Baltrus Jurkša, Razminas (imienia nie pamiętam), prawie wszyscy – nauczyciele gimnazjum w Łoździejach. Zostałem zatrudniony na stanowisku urzędnika w kompani. Następnie dali jeszcze asystenta – Bronus Kuliešius ze wsi Veršiai. Było więcej z Lejpun. Oprócz nich – mężczyźni z Kopciowa, Serejów i innych gmin. Uzbrojone w francuskie karabinki, każdy z nich otrzymał po 30 sztuk amunicji. Ani rosyjskie, ani niemieckie pociski nie pasują. Więc po prostu się z nas śmieją. Z drugiej strony, z ich punktu widzenia, Niemcy wiedzieli, co robią: bali się, czy nie obrócimy broni przeciwko nim. Ubrani w mundury niemieckie. Jedynie na rękawie naszyto panel ozdobiony barwami flagi Litwy. Dowiedzieliśmy się trochę o formacji. A naszym głównym zadaniem było nie dopuścić do rozbestwienia się rosyjskich bandytów. A w Lejpunach, Kopciowie są duże lasy i próbowali się tu zadomowić. Informowali nas o tym mieszkańcy Liepiškiai, Dołgieniki, którzy zauważyli bandytów. Wtedy razem z policją z Łoździej, Wiejsiej, Serej, Merecza, Kopciowa, Lejpun ruszyliśmy do lasów, aby ich szukać. Byłem na tych pościgach dwa razy. Ale już wspominałem, że byliśmy uzbrojeni, więc nasze marsze też nie zawsze kończyły się sukcesem. Niemcy ogłosili na Litwie mobilizację mężczyzn do swojej armii. Mężczyźni nie poszli. Winą za to obarczono również kierownictwo Korpusu Lokalnego. Gen. P. Plechavičius, członkowie sztabu formacji zostali aresztowani i przewiezieni do więzienia w Rydze w obozie koncentracyjnym Salaspils. Rozpoczęło się rozbrajanie i aresztowanie żołnierzy formacji. Do starć zbrojnych doszło w Mariampolu, Kalwarii, Wilnie. Byłem już skierowany do batalionu szkolnego w Mariampolu. Nie miałem jednak czasu nawet na ogrzanie stóp. Słyszeliśmy, że Niemcy już nas otaczają. Z bronią wylecieliśmy z miasta. Ci, którzy zwlekali, byli aresztowani przez Niemców. W strzelaninie zginęło dwóch naszych żołnierzy. Żołnierze z Łoździej uciekli i nie wpadli w ich szpony. Jedynie mój były asystent Bronius Kuliešius nie uniknął takiego losu. Tego dnia razem z porucznikiem pojechali ciężarówką z Mariampola, żeby coś przywieźć. Po drodze zostali zatrzymani przez Niemców. Porucznikowi udało się uciec, a Kuliešius został aresztowany i przewieziony do Niemiec. Wróciłem do Łoździej. Było nas siedmiu, którzy zostali: dwóch oficerów i pięciu żołnierzy. Na nocleg wybraliśmy się do młyna w Katkiškė. Wróciliśmy na cały dzień. Żyliśmy jeszcze według starego porządku. Nasz kucharz, o pseudonimie Kūdas, ugotował dla nas obiad. Tak było może kilka tygodni. Wtedy widzimy, że nic dobrego z tego nie wyniknie – nasze drogi się rozeszły. Przyszło mi służyć w formacji prawie trzy miesiące, może z kilkoma dniami, do połowy maja. Wydana w 2010 roku książka Stasysa Gvildisa „Plechavičiukų – emigrantų dalia” (wspomnienia i szkice dokumentalne) opublikowała wspomnienia żołnierza LVR Kęstutisa Asevičiusa o służbie w „armii Plechavičiusa” i przymusowej służbie w armii niemieckiej: <…> 15 lutego 1944 r. został przydzielony do komendantury w Łoździejach ppłk Kaziutėnas, a jego asystentem jest mój ojciec mjr Stasys Asevičiaus. Dowódcą kompanii był inspektor gimnazjum w Łoździejach ppor. Baltrus Jurkša. O ile dobrze pamiętam w komendzie służył mój szwagier ppor. Kazimieras Batura, ppor. Stasys Jucevičius, nauczyciele gimnazjum w Łoździejach Vaišvila i ppor. Pranas Razminas. Tłumaczem był Palionis, urzędnikami Marcelius Meškauskas i Zenonas Šarka. Nie pamiętam nazwisk pozostałych na służbie. Zrobiono z nas grupę żołnierzy, ale nie mieliśmy ani broni, ani mundurów. Przeprowadzono jedynie ćwiczenia w składzie. Później dostaliśmy broń, nauczyliśmy się ją rozkładać i składać na nowo. Tylko co dziesiąty dostał karabin, a karabinu maszynowego nie otrzymał nikt. Pewnego dnia, gdy Niemcy zaczęli rozbrajać naszych ludzi w okolicach Wilna i żołnierze Kompani Lokalnej uciekli, mój dawny przyjaciel Griškonis, strzelec maszynowy kompani, wycofał się z karabinem maszynowym – przywiózł go nawet do naszego gospodarstwa we wsi Kurdimakščiai. Idę uwiązać krowy i widzę mężczyznę w pełnym umundurowaniu z lekkim karabinem maszynowym. I trzy magazynki amunicji. Przywitaliśmy się, a on powiedział do mnie: „Łap”. Patrzę, co robi. A on odczepił karabin maszynowy i rzucił nim we mnie kilka metrów dalej. Złapałem go. Mówi mi jeszcze raz: „Teraz sam go noś. Nie jest mi już potrzebny”. Dał mi też trochę amunicji. Przyprowadziłem Griškonisa do domu, dałem mu cywilne spodnie i bieliznę. Matka nakarmiła. Potem wsadziłem konia do wozu i zawiozłem do Łoździej, do jego domu. Ten lekki karabin maszynowy został ze mną. Na trasie Łoździeje-Krasna zwiększyła się liczba osób uciekających przed Rosjanami – całych szeregów. Uciekinierzy często zabierali świnie od rolników i nie osiedlali się. Komendantura powiatu łoździejskiego to czterej mężczyźni: ja, mój brat Vytautas, Vytautas Vyšniauskas i ppor. Stasys Jucevičius, który został w naszym gospodarstwie w mundurze - gdybyśmy musieli pomóc obrabowanym rolnikom, bylibyśmy tuż obok. Ale oni byli bardziej przebiegli - zarżnęli świnię i po wrzuceniu jej do ciężarówki odjechali. A koniem ich nie złapiesz. Kiedy zostaliśmy we czwórkę w domu, położyłem lekki karabin maszynowy, który miałem w stodole, na stole przy oknie. Pewnego dnia przyszli do nas Niemcy - jeden z nich podszedł do okna stodoły i zobaczył karabin maszynowy. Natychmiast wsiadł do samochodu i odjechał. Po pół godziny przyjechała tankietka. Gdy wyszedł z niego jeden z Niemców, zaczął wypytywać, kim jesteśmy, wypytywał też o ten karabin maszynowy. Tłumaczyliśmy, że nas przysłano z komendantury, bo w okolicy było wiele napadów, że nie mają się czego obawiać, bo jesteśmy ich przyjaciółmi. Po tych wyjaśnieniach wszyscy wysiedli z tankietki i patrząc na karabin maszynowy, sprawdzili dokumenty naszych żołnierzy. Kiedy przejrzeli dokumenty, powiedzieli, że broń trzeba wpisać do dokumentów i odjechali. Nikt nas więcej nie sprawdzał. Później, gdy trzeba było się wycofać z gospodarstwa, bo front rosyjski był niedaleko, ten karabin maszynowy w wagonie zostawiłem dla siebie, bo nikt nie umiał z nim znowu strzelać. Nasza kolumna zapełniała się w miarę jazdy i była już duża w Kalwarii. Sama Kalwaria była już zajęta przez rosyjskie czołgi, więc niemiecka żandarmeria wskazała, gdzie się udać, aby nie wpaść w ręce Rosjan. Gdy dotarliśmy w pobliże granicy niemieckiej, zatrzymaliśmy się w lesie, aby coś zjeść i odpocząć. Tu przedstawili się nam oficerowie niemieccy wraz z przewodnikiem, rozmawiając z komendantem Kaziutėnasem, chcieli zostawić ludzi z naszego konwoju do kopania okopów, ale komendant się nie zgodził. Podczas gdy Niemcy rozmawiali z naszym komendantem, ich naczelnik przeszedł przez naszą kolumnę do mnie. Gdy zobaczył karabin maszynowy na moim wagonie, natychmiast odwrócił się i poszedł do oficerów, zaraportował. Po tym, jak odjechali jakieś pół godziny później, przyjechał oficer żandarmerii na motocyklu i wskazał nam drogę do Tylży. Kilka dni później dotarliśmy do Tylży i zatrzymaliśmy się na jednym placu. Następnego dnia przyszedł żandarm niemiecki i rozkazał wszystkim mężczyznom i żołnierzom z bronią zebrać się na dziedzińcu wskazanych przez siebie baraków. Tutaj wszyscy musieliśmy rozebrać do naga, zostawić broń i dokumenty na podwórku, a sami udać się do łaźni. Co prawda mówił, że po kąpieli wrócimy do swoich ubrań, ale to było coś innego. Gdy kąpaliśmy się w łaźni, drzwi, przez które weszliśmy, były już zamknięte i musieliśmy wyjść przez sąsiednie drzwi wprost do magazynu. Tu dostaliśmy inne mundury (Luftwaffe). W magazynie nikomu nie wolno było przymierzać ubrań. Niemiec podał spodnie przez okno, dalej trzeba było iść do kolejnego okna po inne ubrania. Najważniejsze, że wszystko się udało. Ubrani, po 30 mężczyzn wsiedliśmy do wagonów i ruszyliśmy w stronę morza, skąd widać było wyspę. Tu uczyliśmy się przez dwa tygodnie i zostaliśmy wysłani do fabryki, aby uruchomić mgłę (kurtynę dymną), aby nie zniszczyli fabryk podczas bombardowania. Poszło nam nieźle, ale bomby to była nasza wina, bo kiedy smoła zapaliła się przy ceglanym kominie, z samolotów wyglądało to jak prawdziwa fabryka. Ale dzięki Bogu, nikt z naszych ludzi nie zginął w tych bombardowaniach. W miarę zbliżania się frontu rosyjskiego wszyscy zostaliśmy, można powiedzieć, zaprowadzeni nieuzbrojeni do okopów, żeby wyglądało na to, że jest dużo wojska – podobno wtedy Rosjanie nie zaatakują. Jednak w nocy Rosjanie zaatakowali czołgami i my nieuzbrojeni musieliśmy przed nimi uciekać. Jakiś czas później przeniesiono nas na front zachodni, do Kanału Berlińskiego, ale tydzień później kanał ten został zbombardowany, a woda zalała okolicę. Wszystkie statki przewróciły się na bok. Z czasem okazało się, że wcale nie jesteśmy tu potrzebni. Rzucono nas na front obok Brytyjczyków, ale byliśmy też prawie nieuzbrojeni, bo tylko co drugi z nas miał stary karabin z czasów I wojny światowej. Byliśmy tu bardzo zmęczeni, bo kuchnia oddzieliła się od nas, a my musieliśmy być w okopach za dnia i wycofywaliśmy się w nocy bez racji żywnościowej. Po nocy, kiedy wszyscy musieli się wycofać, Bagdonas i ja byliśmy w stanie głębokiego snu i nie słyszeliśmy, kiedy wszyscy się wycofali. Gdy się obudziliśmy, nie było nic, słychać było tylko ćwierkanie ptaków. Wyszliśmy z lasu, aby się rozejrzeć i znaleźliśmy się u angielskich żołnierzy. Od tego momentu zaczęło się życie jeńca wojennego. Za roczną służbę u Niemców musieliśmy pozostać za drutami przez kolejny rok. Z Belgii przewieziono nas z powrotem do Niemiec, do strefy angielskiej, do Borhorst. Mój brat Vytautas ze strefy amerykańskiej, Seligenstadt, przyjechał do mnie i razem pojechaliśmy do rodziców. Kilka lat później, kiedy przyszło szukać pracy w innych krajach, ja wybrałem Kanadę Istniejący przez krótki czas Litewski Korpus Lokalny została zlikwidowany przez Niemców. Z wyjątkiem francuskich karabinów i lekkich karabinów maszynowych z niewielką ilością pocisków, pozyskanie potężniejszego uzbrojenia w LVR nie było możliwe. Doprowadziło to do działań wojskowych na mniejszą skalę, ale szalejące uzbrojone gangi zostały uspokojone. Około 9 000 żołnierzy rozproszyło się na rozkaz dowództwa LVR i wielu z nich wzięło udział w kolejnych walkach oporu. Tragiczny los spotkał cztery bataliony, które znajdowały się na wschodzie Litwy. Ich oddziały zostały rozbrojone, internowane i wywiezione do Niemiec przez oddziały SS na roboty przymusowe. Stamtąd niewielu wracało – i to tylko przez radzieckie łagry filtracyjne, cierpiąc z głodu i przymusowej katorżniczej pracy. Niektórzy zostali skazani lub siłą zmobilizowani do sowieckich batalionów pracy. Część internowanych żołnierzy LVR trafiła na Zachód, biednie osiedliła się w obcych krajach i tam zginęła na zawsze oddzielona od rodziców, braci i sióstr. Z bronią w ręku w szeregach partyzantów walczący „plechavičiukai” byli zabijani, a ich groby nieznane. Historia Litewskiego Korpusu Narodowego pokazuje, że wiosną 1944 r. młodzi ludzie, zaproszeni przez generała Povilasa Plechavičiusa, nie wahali się rzucić do obrony ojczyzny, tak jak ich rodzice spełnili obowiązek wobec Ojczyzny w 1918 r. Literatura i źródła 1. Asevičius, S. 1993. Praeitin atsigręžus. Kaunas, p. 117–121. 2. Gildys, S. 2000. Generolo P. Plechavičiaus kariai savanoriai. Kaunas, p. 27, 199, 200. 3. Gvildys, S. 2001. Kruvini likimai, t. 1. Kaunas, p. 7, 8, 42, 115, 117, 652. 4. Gvildys, S. 2004. Kruvini likimai, t. 2. Kaunas, p. 63, 64, 65. 5. Gvildys, S. 2008. Generolo P. Plechavičiaus Vietinės rinktinės kariai ir vadai. Kaunas, p. 173, 179, 261–267. 6. Gvildys, S. 2010. Plechavičiukų-emigrantų dalia. Kaunas, p. 7, 138–145, 330. 7. Kuckailis, J. 2010. Dzūkai 2. Vilnius, p. 122–124. 8. Martinionis, A. 1998. Vietinė Rinktinė. Vilnius, p. 13–16, 44, 53, 75, 78. 9. Bubnys, A. „Lietuvos vietinės rinktinės Lazdijų apskrities komendantūra 1944 m.”, Voruta. 2018 m. birželio 30 d. Nr. 6, p. 4. 10. Kęstučio Asevičiaus 1999 m. rugpjūčio 19 d. gyvenimo aprašymas. Lietuvos gyventojų genocido ir rezistencijos tyrimo centro archyvas, bylos Nr. A-315. 11. Juozo Krakausko 1997 m. lapkričio 24 d. gyvenimo aprašymas. Lietuvos gyventojų genocido ir rezistencijos tyrimo centro archyvas, bylos Nr. K-140. 12. Juozo Krikščiūno gyvenimo aprašymas. Lietuvos gyventojų genocido ir rezistencijos tyrimo centro archyvas, bylos Nr. K-1430. 13. Zano (Zenono) Šarkos 1997 m. lapkričio 17 d. gyvenimo aprašymas. Lietuvos gyventojų genocido ir rezistencijos tyrimo centro archyvas, bylos Nr. Š-143.