Auksutė Ramanauskaitė-Skokauskienė Partyzanckie dzieci W 1944 r., gdy na Litwie rozpoczęła się druga okupacja sowiecka, miały miejsce brutalne działania okupantów, terror i przymusowa mobilizacja do armii okupacyjnej. Duża część narodu litewskiego nie mogła pogodzić się z niewolą ojczyzny. Tysiące litewskich synów i córek czuło się zobowiązanych do obrony ojczyzny przed okupantem z bronią w ręku i wiernie wywiązywało się z tego obowiązku. Zamienili pracę, zawody i ciepło rodzinnych domów na życie pełne śmiertelnego niebezpieczeństwa – stali się partyzantami. W imię wolności i niepodległości Litwy partyzanci poświęcili swoje życie. Byli młodzi, wielu z nich nie miało nawet czasu na założenie własnych rodzin. Jednak wielu byłych partyzantów, którzy mieli już własne rodziny lub ożenili się w czasie wojny partyzanckiej, miało dzieci. Jestem córką dowódcy partyzantki litewskiej Adolfasa Ramanauskasa-Vanagasa i jego żony, partyzantki o pseudonimie Vanda, Birutė Mažeikaitė-Ramanauskienė.Mam gorzkie doświadczenie tego, jak wyglądało życie dziecka partyzantów walczących o wolność Litwy w czasach sowieckich. Komunikuję się z wieloma ocalałymi partyzanckimi dziećmi. Zainteresował mnie ten temat szerzej, bo jest mi bardzo bliski. Historie życia dzieci partyzantów różnią się pod względem przeżyć, doświadczeń i sposobów na przetrwanie. Nie tylko historycy, ale także ludzie sztuki mogliby znaleźć tu ciekawy materiał do swoich prac. Dzieci partyzantów były wychowywane czasem przez krewnych, czasem przez obcych ludzi. W większości ukrywały się, żyły nielegalnie, nie pod własnym nazwiskiem. Zdarzało się również, że takie dzieci trafiały do domów dziecka. Życie partyzanckich dzieci na okupowanej przez Sowietów Litwie nie było słodkie. Poznałam Laimutisa, syna Jonasa Žemaitisa-Vytautasa, przewodniczącego Prezydium Rady Ruchu Walki o Wolność Litwy. Po śmierci żony Jonasa Žemaitisa, Laimutis przez długi czas ukrywał się, żyjąc pod obcym nazwiskiem. Wychowywała go nauczycielka Ona Liubinavičienė. Laimutis przez wiele lat nie znał prawdziwej historii swojej rodziny. Kiedy był w szponach KGB, przed śmiercią Jonas Žemaitis poprosił o pokazanie mu syna. Aby złamać psychicznie przywódcę partyzantki, funkcjonariusze NKWD pokazali mu zdjęcie syna, na którym Laimutis miał na szyi chustę pionierską. Można sobie tylko wyobrazić, co czuł jego ojciec. Dopiero po odzyskaniu przez Litwę niepodległości Laimutis poznał całą prawdę o swoich rodzicach i odzyskał swoje prawdziwe nazwisko. Wiele lat później, w dawnej celi więziennej KGB w niepodległej Litwie, gdzie w różnych okresach więzieni byli oboje nasi rodzice, spotkałem (dzisiaj już spoczywającego w pokoju) Laimutisa. Poznałem jego skomplikowaną historię życia. Od wczesnego dzieciństwa Laimutis ukrywał się u partyzanckich pomocników. Łączniczka Nina Nausėdaitė-Rasa, żona aresztowanego oficera Vabalienė, nauczycielka Ona Žinytė-Liubinavičienė i wiele innych osób uratowało dziecko dowódcy partyzantki z rąk KGB, aby nie stało się zakładnikiem wroga. KGB nie spuszczało z oczu Laimutisa Žemaitisa przez cały okres sowiecki. A to horror, który musiał przejść w dzieciństwie inny syn partyzanta, rzeźbiarza i poety Albertasa Belevičiusa. Znałem go bardzo dobrze. Jego ojciec, Jonas Belevičius, był partyzantem w Dzukii. Należał do oddziału partyzanckiego Juozasa Kazlauskasa-Klevasa. Jego pseudonim brzmiał Musteikis (Šaleikis). Zmarł 24 czerwca 1946 r. w kościelnej wsi Ryliszki. Członkowie batalionów niszczycielskich wrzucili zwłoki ojca na wóz, posadzili na jego piersiach małoletniego syna Albertasa i przez całą drogę z Ryliszk do Merecza żądali, aby dziecko przyznało, że zamordowany jest jego ojcem. Dziecku o wrażliwej, artystycznej duszy ten koszmar zapadł w pamięć na całe życie. Dorastając i stając się artystą, Albertas poświęcił wiele wierszy partyzantom, bojownikom o wolność. Temat ten jest całym kierunkiem jego twórczości rzeźbiarskiej. W Mereczu, na Górze Krzyży, stoi wykonany własnoręcznie przez syna artystyczny krzyż poświęcony ojcu – litewskiemu partyzantowi Jonasowi Belevičiusowi. Znajduje się tu również pomnik jego dzieła – filar kaplicy dla litewskiego dowódcy partyzanckiego Adolfasa Ramanauskasa-Vanagasa. Rzeźba „Ręka partyzanta” w Muzeum Oporu i Zesłania w Mereczu to wizerunek zakrwawionej, spuchniętej ręki zamordowanego ojca, zapamiętanej z wozu batalionów niszczycielskich. Według projektu Albertasa Belevičiusa pięciowieżowa kaplica została zbudowana w miejscu masowego pochówku partyzantów na Górze Krzyży w Mereczu. Zdobią ją rzeźby stworzone przez Albertasa. Wiele jego dzieł znajduje się również w innych częściach Litwy. Trudna była również droga dzieci partyzanckich do edukacji w czasach sowieckich. Staraliśmy się jednak nie poddawać. Przypomnijmy sobie jeszcze jedno dziecko partyzantów. Syna Jonasa Kadžionisa-Bėdy i jego żona Malviny, partyzantki, pseudonim Sesutė. W czasie wojny partyzanckiej Kadžionis i jego żona byli partyzantami w Brygadzie Tigras Kompanii Butageidis w formacji Šarūnas w okręgu Algimantas. Tam, w lasach okolic Kavarskas, znajdował się specjalny bunkier. Urodził się tam syn tych partyzantów. Gdy wokół szaleli okupanci, nie było innego wyjścia, jak oddać dziecko na wychowanie zaufanym ludziom. Oboje partyzanci zostali aresztowani w 1953 roku. Ich synem opiekowało się kilka rodzin zastępczych. Dziewięcioletniego chłopca na miejsce swojego zesłania zabrała matka, zwolniona wcześniej z łagru. Skomplikowany był również los Antanasa, syna ostatniego partyzanta Auksztoty, Antanasa Kraujelisa-Siaubūnasa. Od urodzenia dziecko to nosiło nazwisko swojego wuja. Po śmierci ojca jego matka została aresztowana. Mały Antanas został umieszczony w Wileńskim Domu Dziecka pod obcym nazwiskiem. Dopiero kilka lat później, po powrocie z więzienia, żona partyzanta odzyskała syna na drodze sądowej. Przez pierwsze dziesięć lat swojego życia dziecko myślało, że jego rodzicami są ciocia i wujek. A oto los dzieci dowódcy okręgu partyzanckiego Żmudzi, Vladasa Montvydasa-Žemaitisa (ps. „Dėdė” – Wujek): W wieczór wigilijny 1944 roku okupanci obrócili w popiół gospodarstwo V. Montvydasa, na którego terenie znajdowały się kryjówki partyzanckie. Żona i pięcioro małoletnich dzieci ocaleli, lecz zostali bez dachu nad głową. Z pomocą przyszli im miejscowi ludzie. W 1951 roku matka dzieci została aresztowana. Dzieci przygarnęli i wychowywali krewni oraz mieszkańcy żmudzkich wiosek. Posyłali je do wiejskich szkół pod obcymi nazwiskami Miałam bardzo miłą rozmowę z odeszłym już do wieczności Algirdasem, synem dowódcy okręgu Dainava, Dominykasa Jėčysa. Pozostawił on po sobie książkę zatytułowaną „Sutryptos viltys”, w której opisuje nie tylko życie i śmierć swojego ojca – oficera niepodległej Litwy, a później dowódcy partyzantów okręgu Dainava – ale wspomina także własne „podróże” po syberyjskich łagrach. Ciężki los spotkał także dzieci pierwszego dowódcy partyzantów południowej Litwy J. Vitkusa-Kazimieraitisa. Po śmierci ojca matka wraz z nimi została zesłana do obwodu irkuckiego. Przetrwali i wszyscy powrócili na Litwę. Pięciu synów i jedna córka. Każdy z nich miał własny trud i własną drogę – KGB nie spuszczało takich osób z oczu. Najbliżej znałam syna Kazimieraitisa, Vytautasa. Bardzo pragnął dowiedzieć się więcej o życiu swojego ojca w latach wojny partyzanckiej. W tym mogła mu pomóc moja mama. Sporo informacji o swoim ojcu Vytautas znalazł również w wydanych przeze mnie wspomnieniach mojego ojca Adolfasa Ramanauskasa-Vanagasa. Często przyszło mi też obcować z Vytautasem Baublysem, synem słynnego partyzanta Dzukii Adolfasa Baublysa-Merkysa. NKWD, chcąc szybciej schwytać jego ojca partyzanta, w 1947 r. aresztowało żonę, Onę Baublienė. Wywieźli ją na Syberię. Zanim matka wróciła, dwóch synów Baublysów wychowywali dobrzy ludzie. Wspomniałam jedynie o kilku fragmentach z życia kilkorga dzieci partyzantów. A jakże wielu trudnych doświadczeń musiały zaznać dzieci partyzanckie w ciągu całego swojego życia! To nie są okrutne obrazy sytuacji stworzone przez wyobraźnię pisarza, to były realne losy. Jak podążaliśmy drogą życia dziecka partyzanta, jakie było życie pod znakiem rodziców w czasach sowieckich, co czuliśmy, co przeżyliśmy. To całe historie. One są z nami. Moich rodziców partyzantów przerażała myśl, że gdyby okupanci znaleźli mnie jeszcze całkiem małą, niemówiącą, mogliby z zemsty i dla szyderstwa wywieźć mnie gdzieś do domów dziecka w Rosji. W ten sposób mogłabym nigdy nie dowiedzieć się, czym jest moja ojczyzna, kim są moi rodzice, jak walczyli przeciwko sowieckim okupantom, jaki jest mój język ojczysty. Mogłam zostać nie tylko bez własnego domu, ale i bez historii swojej rodziny, bez korzeni, bez własnej tożsamości. Dlatego od pierwszego dnia narodzin w 1948 roku byłam ukrywana, żyłam nielegalnie. KGB szukało mnie jako przynęty, by móc dotrzeć do moich rodziców. Jestem wdzięczna Bogu i losowi, że w latach dzieciństwa mogłam czuć miłość rodziców, że będąc w ukryciu doczekałam wieku, w którym zrozumiałam i wiedziałam, kim są moi rodzice, jakie wartości wyznają, jakie są korzenie mojej rodziny. Dziękuję rodzicom i pomagającym im ludziom, że nawet w warunkach wojny partyzanckiej zostałam ochrzczona, że wiara w naszej rodzinie zajmowała ważne miejsce. Partyzancki ślub rodziców również był kościelny. Dar od życia – po wielu latach, gdy Litwa odzyskała niepodległość, w dokumentach kościelnych odnalazłam wpisy o swoim chrzcie. W latach ukrywania się nie posiadałam żadnych dokumentów. Po aresztowaniu rodziców sowieccy urzędnicy wydali moją pierwszą metrykę, pierwszy akt urodzenia, ustalając mój wiek „na oko”. W dokumencie tym nie tylko czas, ale i miejsce urodzenia wpisano błędnie. Odnalezione dokumenty chrztu, po odzyskaniu przez Litwę niepodległości, dały mi możliwość udowodnienia dokładnej daty i miejsca moich narodzin. KGB cały czas zawzięcie prześladowało i ścigało moich rodziców, lecz przez długi czas nie udawało im się ich odnaleźć, aresztować i zgładzić. Ludzie wspierali walkę o wolność prowadzoną przez tatę, pomagali przez niemal dwanaście lat. Rodzice byli idealistami, poświęcili się, by przywrócić ojczyźnie wolność, dlatego mieszkańcy ich szanowali i kochali. Pomogli również w ukrywaniu mnie. Kiedy się urodziłam, tata uczestniczył w aktywnej walce partyzanckiej. Mama wkrótce również do niej powróciła. Z tego powodu strony rodzinne mojej mamy w okręgu olickim znajdowały się pod nieustanną obserwacją KGB. Podejrzewali, że w tym domu bywają partyzanci, że w tej zagrodzie mogą znajdować się bunkry. Przeprowadzali rewizje, urządzali zasadzki. Wiedzieli, że przyszłam na ten świat, nie wiedzieli tylko, gdzie mnie znaleźć. Czasem oblężenie domu trwało po kilka dni. Babcia, matka mojej mamy Anelė, po moich narodzinach również zdecydowała się wycofać z legalnego życia. Od tego czasu często byłam z nią. Moje ukrywanie się w różnych miejscach na Litwie trwało osiem lat, aż do samego aresztowania rodziców. Przestrzenią życiową często był dla nas bunkier, poddasze domu, spiżarnia, piwnica lub coś podobnego – zależnie od ówczesnych okoliczności i możliwości. Dzieciństwo upływało bez zabawek, bez niewyobrażalnych dziś pewnie dziecięcych rozrywek, często przy braku nie tylko chleba, ale i powietrza. Ludzie, którzy nas przygarniali, także bardzo ryzykowali. Babcia nie tylko się mną opiekowała, była również gorliwą łączniczką partyzantów. Wszystko to działo się dzięki pomocy dobrodziejów. Z ich pomocą widywałam się także z rodzicami. Przez te osiem lat ukrywania się zdarzały się różne przygody, kuriozalne okoliczności, czasem sytuacje wydawały się całkowicie beznadziejne. Jednak zawsze udawało nam się przetrwać. Opisanie tego wymagałoby nie artykułu, lecz czegoś więcej, dlatego wspomnę tylko ostatnie dni przetrwania. Nadchodził rok 1956… Kagiebiści zawzięcie nas szukali. Z najbardziej wykwalifikowanych pracowników KGB utworzono stałą grupę operacyjną, którą wspierało wielu agentów KGB. Tylko w tym roku zwerbowano trzydziestu agentów, na nowo nawiązano kontakt z kolejnymi dwudziestoma, wcześniej wykreślonymi z sieci agenturalnej. Poszukiwaniami rodziców kierował kat z lasu Rainiai, szef 4. Zarządu KGB Petras Raslanas oraz mjr Nachmanas Dušanskis z 2. wydziału 4. Zarządu KGB. Było nam niezwykle ciężko… Opór partyzancki został stłumiony, jednak szacunek dla idealizmu rodziców i poświęcenia w walce o wolność pozostał. Nie byliśmy sami. Byli ludzie, którzy nam pomagali. Jednak pierścień KGB wokół nas zaciskał się coraz mocniej. Dużą część narodu wywieziono, zesłano. W tym czasie ukrywaliśmy się w Olicie, przy cichej uliczce Dzūkų, w bezokiennej komórce domu naszych opiekunów, Brūzgai. Miałam osiem lat. Rodzice martwili się moim zbliżającym się wiekiem szkolnym. Tatuś bardzo cenił naukę. Sam uparcie do niej dążył, był wykształcony, dlatego nawet w naszych warunkach szukał dla córki drogi do edukacji. W Punii, małym miasteczku w rejonie olickim, mieszkała rodzina Valatkai, która bardzo pomagała bojownikom o wolność w wojnie partyzanckiej i z którą rodzice utrzymywali stały kontakt. Jedna z córek z tej rodziny, Onutė, wyszła za mąż w rejonie rakiszeckim. Mieszkała ze swoim mężem Jonasem Kilasem niedaleko miasteczka Komaje. Młoda rodzina odwiedzała czasem strony rodzinne Onutė w Punii. Rodzice wraz z tymi patriotycznie nastawionymi ludźmi zaplanowali nasze przenosiny do rejonu rakiszeckiego, dalej od południowej Litwy, z dala od miejsc, gdzie kagiebiści i członkowie batalionów niszczycielskich nieustannie nas szukali. Realizacja tego planu była bardzo trudna. Środkiem transportu był rower, najbezpieczniejszą porą przenosin – noc. Mimo to dzięki uporowi rodziny Valatkai oraz rodziców, wysiłkowi woli i sprytowi, udało się to osiągnąć. Do rejonu rakiszeckiego przeniosła się także moja babcia Anelė. Znaleźliśmy się w zupełnie innym zakątku Litwy, niż mieszkaliśmy dotychczas. Tutaj nikt nas nie znał. Strony rodzinne Jonasa znajdowały się około trzech kilometrów od miasteczka Komaje. Mieszkała tam jego matka i siostra Valė. Kobiety te nas przygarnęły. Zamieszkaliśmy na poddaszu ich niewielkiego, bardzo już starego domku, gdzie nagromadzono różne sprzęty gospodarskie i wolnego miejsca było bardzo mało. W chatce Kilasów była tylko jedna izba. W ciągu dnia w niej nie przebywaliśmy, a na noc gospodynie odstępowały mi i babci wolne łóżko, które znajdowało się w tym pokoju. Pewnego dnia, pamiętam, pękła belka sufitowa i wpadła do tego łóżka, w którym spałam w nocy. Ale to był dzień i nas tam nie było… Nie wiem, jak rodzice mi to przekazali, ale nawet będąc małą, wiedziałam, że cel życia moich rodziców jest słuszny. Rozumiałam, że musimy być wdzięczni ludziom, którzy nas przygarnęli, nawet jeśli byłoby bardzo ciasno czy niewygodnie, ponieważ oni nam pomagają, i że kiedyś będzie inaczej. Ze względów bezpieczeństwa w każdym nowym miejscu naszego pobytu nosiłam inne imię. Nawet opiekunowie nie nazywali mnie prawdziwym imieniem. W razie nieoczekiwanego spotkania z kimś obcym miałam uchodzić za daleką krewną naszych opiekunów, noszącą odpowiednie imię. Tak oto w 1956 roku córka partyzanckiej rodziny, przez osiem lat ukrywana przez mieszkańców południowej Litwy, znalazła się w północnej części Litwy. Tutaj nazywałam się Aldona. Miałam też dokumenty. Oczywiście fałszywe. Rodzice przygotowywali mnie do szkoły. Zostałam Aldoną Valatkaitė. Pamiętam, że kiedy przeprowadziliśmy się w te strony, było jeszcze lato. Miejsce, w którym się zatrzymaliśmy, było ustronne, położone przy lesie, w pobliżu nie było żadnych sąsiadów, więc czasami wieczorami mogłam wychodzić na zewnątrz. To było piękne lato… Zarówno rodzice, jak i babcia, którą bardzo kochałam, byli przy mnie. Rodzice cały czas pracowali. Tatuś dużo pisał. Później wiele z tego, co wtedy stworzył, znalazło się w wydanej przeze mnie książce z jego wspomnieniami. Zbliżała się jesień, a zimą w małej, podupadłej chatce mogło być ciasno. Okoliczności ułożyły się jednak tak, że wraz z nadejściem jesieni przenieśliśmy się gdzie indziej. Na mocy porozumienia babci z moimi rodzicami i dobrymi ludźmi udałyśmy się tam, gdzie do tej pory mieszkali młodzi Kilasowie. Wyjechali oni do Kłajpedy. Moi rodzice zamieszkali u znajomej starych Kilasów, zaufanej kobiety – Barzdonienė. Nasza nowa gospodyni, Džiugelienė, u której mieszkałam z babcią, żyła samotnie – jej syn służył w wojsku. Aby nie trzeba było najmować obcych ludzi ani prosić ich o pomoc w pracach gospodarskich, babcia wykonywała je nocami. Szybko zbliżał się czas pójścia do szkoły. We wrześniu, legitymując się dokumentami na nazwisko Aldona Valatkaitė, przekroczyłam próg szkoły podstawowej w Komaje. Trafiłam do całkowicie obcego mi środowiska. To był nowy świat – szkoła, miasteczkowe uliczki z oświetlonymi słońcem, niemal złotymi liśćmi drzew i – w moim ówczesnym mniemaniu – mnóstwem ludzi. Do tej pory, będąc ukrywana, żyłam w bardzo zamkniętym otoczeniu, w którym nie było obcych. Potrzeba było dużej wewnętrznej świadomości, by nie wyróżniać się z nowego otoczenia… Posiadałam ją. Rozumiałam naszą sytuację. Takie po prostu było moje życie, takie zrozumienie otaczającego świata przekazali mi rodzice, podobnie jak konieczność reagowania na zmiany. Nieubłaganie zbliżał się dwunasty października, dzień aresztowania rodziców w Kownie, i kolejny, zupełnie inny rozdział mojego życia… Zawsze będę pamiętać ten rejonu rakiszecki i to niezwykłe lato. Jesień, która rozbłysła w moim dzieciństwie jaskrawymi barwami wczesnej jesieni i szybko pociemniała od mrocznej słoty. Ta jesień to granica między tym, co było, a tym, czego już zabrakło. Spędzone tam dni głęboko zapadły w świadomość dziecka. Były to ostatnie dni spędzone wspólnie z tatusiem na wolności przed ostatecznym rozstaniem. Były to ostatnie dni przed długą rozłąką z mamą, przyszłą więźniarką polityczną. W wyobraźni zastygły korytarze piwnic KGB w tak zwanym gmachu KGB, którymi kagebiści prowadzili mnie, ośmioletnią dziewczynkę, niczym przestępczynię na ostatnie widzenie z uwięzionym, zmasakrowanym torturami ojcem. Pamiętam ten potworny stan, gdy słyszałam ich władcze, okrutne głosy wskazujące miejsce, gdzie mam stać ja, a gdzie tatuś. Nigdy nie zapomnę tych przeżyć, gdy po kilku minutach widzenia kagebiści chwycili tatę niczym drapieżniki swoją ofiarę i brutalnie wywlekli za drzwi, ponieważ jeniec w chwili pożegnania zbyt długo patrzył na swoją córkę. Po pewnym czasie dotarły do mnie wiadomości: ojciec został rozstrzelany, mama została więźniarką polityczną i wywieziono ją tysiące kilometrów stąd. Dalsze lata mojego dzieciństwa upływały często na granicy głodu, bez własnego prawdziwego domu, bez rodziców. Jeden dziadek, Motiejus, po torturach i przesłuchaniach KGB tutaj, na Litwie, bez sądu został wywieziony i zamęczony zmarł w Kazaniu. Drugi dziadek, ojciec tatusia, został zesłany na Syberię. Tam, w strasznych warunkach, zgasło jego życie. KGB zniszczyło i splądrowało dom babci. Nawet podłogi w pokojach zostały porąbane w poszukiwaniu partyzantów i nas. Jeden z jej synów, Albinas, podczas rewizji tak przerażony przez kagebistów, stracił głos. Do końca życia mógł mówić tylko szeptem. Drugiego syna, partyzanta Gediminasa, kagebiści zastrzelili. To moi wujowie, wówczas młodzi ludzie. Aresztowane zostały także córki babci. Starszą, Danutę, skazano na 25 lat. Podczas przesłuchań kagebiści bili ją tak dotkliwie, że aż mięśnie odeszły od kości. Najmłodszą, niepełnoletnią Genutę, skazano na 10 lat. To moje ciotki, siostry mamy. Po aresztowaniu rodziców stało się jasne, czyją jestem córką. Oficjalnie przywrócono mi moje imię i nazwisko. Były to czasy sowieckie. Nastąpiły wszystkie wynikające z tego bolesne konsekwencje: prześladowania, utrudnienia w zdobywaniu wykształcenia, a później pracy. Sowieckie ludobójstwo to moje, to osób takich jak ja i rzesz ludzi z naszego narodu roztrzaskane marzenia, złamane życiorysy, zdeptana młodość, odebrane życie. Można jedynie pocieszać się i cieszyć, że Litwa, przeszedłszy przez to wszystko, jest dzisiaj wolna. Musimy jednak pamiętać, że walka o wolność nigdy się nie kończy.