Algis Uzdila Iskra, która rozpaliła ogniska 21 czerwca 2021 roku Dom Kultury w Puńsku kończy 65 lat. Schronienie znaleźli w nim mistrzowie wszystkich sztuk: śpiewacy, muzycy, tancerze, członkowie koła teatralnego, miłośnicy fotografii, goście wykładów, czytelnicy prasy… Schroniła się tu również nasza pierwsza biblioteka i czytelnia prasowa. Zbierały się tu również członkinie koła gospodyń wiejskich. Dom Kultury organizował zarówno wykłady, jak i spotkania z poetami czy innymi znanymi osobistościami. Gdy kościół w Puńsku został opanowany przez duchowieństwo o złej woli, które nie było pewne, czy Bóg rozumie język „pogan”, ludzie, z których podczas Mszy św. przeganiano złe duchy, „oczyszczeni” zbierali się tu po nabożeństwie, aby zastanowić się co robić i jak ratować. Tu zapadały decyzje, kto powinien udać się do Łomży do biskupa z prośbą, aby w domu Bożym nie kultywowano nienawiści do naszego ludu i jego natury, tu szukano, kto będzie mógł zredagować pisma biskupa naświetlające sytuację i proszące o zadośćuczynienie za krzywdy popełnione przez miejscowe duchowieństwo. Dziś ta misja Domu Kultury Litewskiej w Puńsku jest bardzo zapomniana. 1 czerwca tego samego 2021 roku przypada 70. rocznica zespołu choreograficznego „Jotva”. Czytelniku, zauważ, że „Jotva” jest o pięć lat starsza od domu kultury. Jak do tego doszło? W tym miejscu coś trzeba wyjaśnić. Ani przed wojną, ani po wojnie w Puńsku nie było domu kultury, ale ludzie żyli i cenili swoją kulturę jako formę komunikacji. Jeszcze przed wojną sztuki teatralne cieszyły się w naszym regionie dużą popularnością. Odbywały się one na wsiach, najczęściej w stodołach, czasem w większym sklepie. Po tych występach rozbrzmiewały zwykle tzw. monologi i tańczono jeden lub dwa tańce. Fenomen ten miał miejsce 27 sierpnia 1939 roku – w ostatnią niedzielę miesiąca na łące nad jeziorem Sejwy, kiedy już zbierały się burze i pogoda była niespokojna, a wszystkie brzegi drżały. Tego dnia odbył się u nas w kraju, moglibyśmy to nazwać – pierwsze święto tańca. Tutaj również śpiewano piosenki i odczytywano monologi, ale według świadectwa Jana Pojawisa, w wydarzeniu dominowały tańce. Cztery dni później płonęła cała Polska, a na długo zatrzymało się życie kulturalne w sferze publicznej. Wojna zakończyła się prawie pięć lat później. Powojenna sytuacja publiczna, jak zawsze i wszędzie, była bardzo niestabilna. Litwa była okupowana od 1940 roku. Zaledwie kilka dni, wraz z odwrotem wojsk radzieckich, próbował się uformować Tymczasowy Rząd Niepodległej Litwy, ale bardzo szybko został on stłumiony przez okupantów niemieckich. Od sierpnia 1944 r. do marca 1990 r. wprowadzono tu porządek radziecki. W Polsce podejmowano próby powołania tzw. rządu ludowego. Naród polski był rozdarty między dążeniem do wolności a solidarnością z Sowietami. W niemal gwałtownie zbudowanym rządzie partyjnym wszystkie strony się miażdżyły. Każdy swobodniejszy oddech ludu był uważany za przejaw nielojalności wobec państwa i groziły mu straszne konsekwencje. Zakładanie kołchozów w naszych wsiach było bardzo trudne. Nikt nie spieszył się z oddawaniem swojej ziemi, inwentarza żywego i narzędzi pod zarząd zbiorowy, bo wszyscy ludzie odczuwali ekonomiczny krach. I oto nadchodzi rok 1950. Błyskotliwe umysły naszych ziomków przejmują inicjatywę. Trzeba żyć. A jak nie zezwierzęcieć? W końcu od tych stworzeń odróżnia nas tylko kultura. Co robić? Po nabożeństwie ludzie wychodzą i zaczynają dyskutować o tym, co należy zrobić. Wieś Oszkinie, ratując się przed przemocą spowodowaną różnymi perypetiami, zgadza się dołączyć do kołchozu, które nazywano tu przedsiębiorstwami produkcyjnymi. Ludzie odczuwają pewną ulgę w związku z poluzowaniem zagrożenia i wykorzystują ją – zaczynają gromadzić się w nieogrodzonej części chałupy Kastantasa Vaičiulisa. Tutaj Juozas Maksimavičius zbiera grupę młodych ludzi i uczy naszych tańców ludowych i kółek. Ale doświadczenie każe im myśleć, że nie urządzą wieczoru tańca na podstawie samego tańca. Dlatego też w niedzielę po mszy konsultuje się z Vincasem Valinčiusem, który jest w stanie nauczyć grupę śpiewaków śpiewu na kilka głosów. W ten sposób tworzy się zalążek chóru. Juozas Maksimavičius wybrał i wyreżyserował sztukę na to pierwsze wydarzenie kulturalne. Trzeba było tylko załatwić sobie pozwolenie na taki wieczór. A kto mógł je zdobyć? Fakt, że w Oszkiniach założono tzw. spółkę produkcyjną, był tu bardzo przydatny. Do Oszkiń zaczęli przyjeżdżać różni urzędnicy powiatu, czasem nawet województwa. Juozas Maksimavičius zajmował stanowisko księgowego w tej firmie, w jego budynkach mieściły się magazyny spółki, nie brakowało mu więc również znajomości z decydentami. To dało Juozasowi możliwość zwrócenia się do biura bezpieczeństwa powiatu z prośbą o pozwolenie na publiczny wieczór. Po napisaniu prośby przybył do Suwałk. O tym, że wieczór musi odbyć się w języku litewskim, napisano na końcu prośby i mniejszymi literami. Szef zakładu rzucił okiem i zdając sobie sprawę z intencji prośby oraz widząc już słyszane imię interesanta, przybił pieczęć – ZEZWALAM, podpisał i podał papier. Maksimavičius chwycił kartkę, ale szef zdążył jeszcze zauważyć zdanie na końcu „Impreza odbędzie się po litewsku” i zdziwiony chciał odebrać dokument. Ale Juozas był szybszy i zdążył już schować papier do wewnętrznej kieszeni kurtki. Potem w sekretariacie próbowano go ponoć zatrzymać – przypuszczalnie funkcjonariusz próbowałby zabrać papier. Nagle otwierają się drzwi biura, przez które miał wejść pierwszy sekretarz komitetu powiatowego, który wchodząc, widzi dziwną scenę i zastanawia się, co tu się dzieje. Maksimavičius wyjaśnia mu, że chce zorganizować wieczór kulturalny. A tamten – „Ale po litewsku…” Sekretarz był również gościem Maksimavičiusa w przedsiębiorstwie produkcyjnym, a nawet spał u niego w domu, dlatego wykrzyknął: "No cóż, Polska jest demokratycznym państwem socjalistycznym…" Służbista zamarł i zrobił się blady. Takie kulisy nie są nam historykom zawsze znane, ponieważ poznajemy tylko fasadę ludzi i wydarzeń. Aby wydarzenie miało podtekst polityczny (w tamtych czasach było to niezwykle ważne), zręczny Maksimavičius nie wybrał zwykłego dnia, ale pierwszy czerwca – ponieważ w pierwszą niedzielę czerwca świat socjalistyczny obchodził Międzynarodowy Dzień Dziecka. Ów Dzień Dziecka doprowadził wspomnianego szefa SB do pomyłki, w wyniku której on, nie zagłębiając się w inne niuanse wydarzenia, pospieszył z ostemplowaniem papieru i złożeniem w jego ręce podpisanego pozwolenia. W tamtych latach dla zajmujących stołki ważny był, choćby najmniejszy, zalążek socjalistycznej myśli, jaki pojawił się w umysłach tzw. ludu. Pierwsza niedziela czerwca 1951 roku była słoneczna i jasna. Większość ludzi zebrała się w kościele pieszo. Nie wywieszano ogłoszeń, aby nie zwracać zbędnej uwagi. Wielu już wcześniej słyszało od tzw. artystów o niespodziewanej tajemnicy tego dnia. Po wyjściu z kościoła w miasteczku panowała moda spacerować parami i grupkami wzdłuż obecnej ulicy Mickiewicza od kościoła do skrzyżowania z drogą do Trakiszek kilka razy, a spotykając znajomego lub poszukiwaną osobę, porozmawiać. W ten sposób w tamtych czasach rozprzestrzeniano wieści, więc zdążyli poinformować się nawzajem, że tego dnia we wsi Oszkinie u Krakauskasa zwanego Skerdžiusem odbędzie się kulturalne popołudnie z grą aktorską, pieśniami i tańcami. Zapotrzebowanie na wydarzenie kulturalne w ludziach było ogromne. Ale informacja dotarła też do niepożądanych uszu. Stodoła Krakauskasa doskonale nadawała się na taki koncert – przestronna i blisko miasta. Młodzież ze wsi przekształciła ją z magazynu na zboże na halę dla ludzi. Na lewym końcu zamontowano podwyższenie nad całym poboczem na wysokości prawie metra – tzw. scenę. Skąd się wzięły deski, które pokryły cały obszar pobocza i jaką konstrukcję trzeba było zbudować, żeby nie zawaliła się podczas tańców – nawet nie wiem. Przez dwa stogi i środek, na belkach z desek zbudowano ławki, aby ludzie mogli swobodnie usiąść i nie zmęczyć się. W trzeciej - tylnej - części ściany pozostało jeszcze prawie do sufitu siana. Tam, jak się okazało, zebrali się i położyli ci, dla których to wydarzenie było jak sól w oku. Ale przez pewien czas starali się zachować spokój, aby nikt ich nie wypędził ze stodoły. Gości - widzów - zebrała się pełna stodoła. Większość przybyła pieszo - z miasteczka był około kilometr. Dla przyzwyczajonych ludzi to nie był duży dystans. Niektórzy bardziej przedsiębiorczy kawalerowie, którzy przyjechali rowerami, nie spieszyli się z wejściem do stodoły. Zależało im na tym, żeby się pochwalić rowerami. Najnowocześniejsze były marki Dynamo, produkowane w demokratycznych (komunistycznych) Niemczech. Niektórzy mieli nawet przedwojenne angielskie, tzw. balony. Opona kół balonów była znacznie szersza niż w zwykłych rowerach, więc te łatwiej pokonują drogę, gdy wpadną w osady piasku przyniesione przez deszcz. W końcu rozbrzmiewa trzeci dzwonek przywiązywany zimą do powozów – znak, że spektakl już się zaczyna. Wtedy i rowerzyści, zwróciwszy się w stronę ścian stodoły, weszli do środka i kto nie mógł znaleźć miejsca, gdzie usiąść, podpierał ściany stodoły. Popołudnie rozpoczęło się od gry aktorskiej. Przedmowę wygłosił najważniejszy organizator wydarzenia Juozas Maksimavičius. Jako rolnik z Oszkiń, który znał nie tylko mieszkańców tej wsi, ale także większość mieszkańców parafii. Pochodził z Suwalszczyzny (wieś Ogrodniki), więc znał też widzów, którzy stamtąd przybyli na imprezę. Łatwo było mu wypowiadać się publicznie. Przed wojną i w latach wojny pracował jako nauczyciel na Wileńszczyźnie, a publiczność swoja, co również było mniej stresujące. Gdy spektakl był już w połowie, obcy ludzie – wyrzutki – starali się odważnie przerwać wydarzenie, zaczynając gwizdać i krzyczeć po polsku, że nic nie rozumieją. Polski był tutaj dla nich dobrą przykrywką. Dziś taka reakcja publiczności wyprowadziłaby „artystów” z równowagi. W tamtych czasach było to niemal naturalne. Ludzie nie byli przyzwyczajeni do słuchania czegoś, a przy innych okazjach nie wahali się gwizdać i krzyczeć. Ale na scenie nikt nie zwracał uwagi na te krzyki, więc pokrzyczawszy i poprzeklinawszy sami musieli opuścić stodołę, bo pozostanie byłoby równoznaczne z aprobatą dla wydarzenia. Występ nadal przebiegał bez zakłóceń. Po występie na scenie pojawił się chór i tancerze. Vincas Valinčius próbował trochę muzyki fortepianowej, więc znał nuty i był w stanie nauczyć naszych śpiewaków pieśni ludowych na cztery głosy. Nasi ludzie są rozśpiewani, w domach nie śpiewali inaczej niż na dwa głosy. Gdy tylko ustalili, którą piosenkę wybrać, nastąpił podział na to, kto będzie prowadził w pierwszym głosie, a kto będzie prowadził w drugim głosie. Tym też zadziwiamy obcokrajowców. I tu rozbrzmiewają cztery głosy. Było czego słuchać, było co podziwiać. Pomiędzy pieśniami przeplatano również cztery tańce. W okolicy grali jedni z najbardziej znanych muzyków z wioski – na harmonijce ustnej Juozas Degutis i Vitas Uzdila oraz na skrzypcach Ulijonas Babkauskas. Jeszcze w tym samym i następnym roku ta grupa śpiewaków i tancerzy pojechała do Suwałk i Białegostoku, gdzie dom kultury powiatu i województwa zapraszał ich na wydarzenia kulturalne, na których osoby te reprezentowały naszą mniejszość narodową. W ten sposób społeczność polska stopniowo zaczęła godzić się z faktem, że w Polsce oprócz społeczeństwa narodowego istnieją także społeczności mniejszości białoruskiej, ukraińskiej i litewskiej. Podczas tych wypadów miałem grać na harmonijce ustnej więcej niż raz. Nie zawsze nasi znani muzycy byli w stanie opuścić swoje gospodarstwa i udać się na różnego rodzaju imprezy. Spośród „artystów”, którzy wzięli udział w tym popołudniu, najbardziej stałymi byli tancerze. Najłatwiej się z nimi rozmawiało, co roku chodzili na próby i znajdowali okazje do występów. Mimo że tancerze się zmieniali, zespół przetrwał do czasu, gdy otrzymał stałego lidera, zaczął organizować samodzielne koncerty (Zaduszki i Dni Matki), a w końcu Towarzystwo zauważyło obchody chrztów i kontynuuje z powodzeniem działalność. Nazwano je zespołem choreograficznym „Jotva”. Ponieważ grupa ta działała na stałe, zakładane były także inne grupy samodzielnej działalności artystycznej, było to podstawą do zwrócenia się do polskich władz wyższych z prośbą o utworzenie w Puńsku Domu Kultury Litewskiej. Właśnie dlatego choreograficzne spotkanie „Jotvy” ma o pięć lat dłuższą historię niż sam dom kultury. Gdzie indziej praca jest organizowana odgórnie – przede wszystkim powołuje się instytucję, która bierze na siebie całą pracę organizacyjną. Było na odwrót i spontanicznie. Ruch kulturalny, który zrodził się w ludziach, zachęcał również do organizowania domu kultury. Dziś odbywa się tu ożywiona praca kulturalna, gdzie schronienie znajduje zespół choreograficzny „Jotva” i „Jotvos Aidai”, chór „Dzūkija” i kapela wiejska „Klumpė” – bodaj najbardziej reprezentatywny kolektyw, a także kilka teatrów dramatycznych lub kół, dziecięce studium artystyczne „Puniukai”… Schronienie znalazło tu również Muzeum Juozasa Vainy